Wersja tekstowa dokumentu. Zachowano treść i numerację oryginału. Dokument źródłowy jest dostępny na stronie, z której otwarto ten odnośnik.

Praca zbiorowa

"Za drzwiami do wyobraźni"

Tomik Poezji i Prozy
Tom I, 2010-2015
Morąski Dom Kultury

Wstęp
Morąski Dom Kultury ma wielką przyjemność przekazać Czytelnikowi
Tomik Poezji i Prozy (tom I i II) laureatów i wyróżnionych w Konkursie
Literackim "Otwarte Drzwi".
Ilustracje do tomiku wykonane zostały przez dzieci i młodzież z kółka
plastycznego z Morąskiego Domu Kultury.
Z

okazji

jubileuszu

10-lecia

konkursu

składamy

serdeczne

podziękowania wszystkim autorom prac literackich i plastycznych,
ponieważ dzięki Wam wydaliśmy ten tomik.
Prace służyć będą przez długie lata, a nasi czytelnicy z pewnością
znajdą wśród nich coś ciekawego dla siebie.
Wszystkim, którzy wnieśli wkład w powstanie tego tomiku, składamy
wyrazy uznania:

Uczestnikom konkursu za ich pomysłowość, kreatywność,
oryginalność i znakomitą zabawę literacką.

Beacie Cetkowskiej za mrówczą pracę przy organizacji
konkursów oraz przy powstawaniu tomiku.

Małgorzacie

Fudała

za

opatrzenie

tomiku

pięknymi

i ciekawymi pracami wykonanymi pod jej kierunkiem przez
dzieci i młodzież na Kółku Plastycznym MDK. Dzięki
wieloletniej dokumentacji tych prac udało się zachować
"perełki" dziecięcego talentu.

Jurorom: Elżbiecie Duch, Joannie Kulik, Małgorzacie Szliter,
Halinie Maryniowskiej, Magdalenie Zaborowskiej, za cenne
uwagi, obecność i zaangażowanie.

Nauczycielom za motywację uczniów do udziału we wszystkich
edycjach konkursu.

Paulinie Cybulskiej za profesjonalne przygotowanie tomiku do
druku.

Niech piękna praca, którą razem wykonaliśmy wspólnie daje moc
zadowolenia i satysfakcji.

Z wyrazami szacunku

Dyrektor
Morąskiego Domu Kultury
Andrzej Niewiadomski

Przedstawiam czytelnikowi wyjątkowo ciekawą propozycję do
przeczytania. Tak się złożyło, że od 2010 roku Morąski Dom Kultury
organizuje konkursy literackie dla dzieci i młodzieży z miejscowych
szkół. Z roku na rok przybywa uczestników, a przede wszystkim
uczestniczek. Konkurs pokazuje, jak wielkim zainteresowaniem cieszą
się pasje młodych ludzi. Konkurs ma za zadanie rozbudzanie
zainteresowań literackich i promowanie utalentowanych twórców.
Okazuje się, że coraz więcej uczniów otwiera się na poezję i literaturę.
Warto w tym miejscu poświęcić trochę uwagi młodym pisarzom. Nie
bez znaczenia są współczesne lektury, filmy czy Internet. Twórczość
uczestników konkursu bierze inspirację z tych właśnie źródeł. W ich
twórczości bardzo często fikcja miesza się z rzeczywistością. Imiona,
nazwy czy miejsca akcji mają obcy charakter, ponieważ czerpią oni
z literatury obcojęzycznej. Fascynacja językiem angielskim, filmem,
powoduje, że na kartach literatury znajdujemy odniesienia do tego,
co staje się coraz bliższe.
Młodzi ludzie wraz z rodzicami wyjeżdżają w różnych kierunkach: do
krajów europejskich, do Azji, Afryki czy obu Ameryk. Dzisiejsza
młodzież jest obeznana z nośnikami informacji, pełnymi garściami
czerpie z zasobów Internetu, i co cieszy szczególnie, czyta dużo. Młodzi
ludzie są często organizatorami swojego wolnego czasu. Często rodzice
tracą kontrolę nad dziećmi, nad tym, co czytają, oglądają czy w końcu
piszą. Z mojego doświadczenia widzę, że uczestnicy konkursu
poświęcają się swoim pasjom bez reszty.
Pisarstwo młodych ludzi wiąże się z wypowiadaniem swoich racji,
swoich przekonań i to znajduje odzwierciedlenie w ich twórczości.

Czytając ich utwory, pojawia się przekonanie, że wiedzą czego chcą,
potrafią walczyć z przeciwnościami i są bardzo dorośli w swoich sądach
na wiele kwestii.
Czytając ich utwory, daje się zauważyć, jak bardzo zmienia się
mentalność twórców. Od nieporadnego żonglowania słowem, aż po
perełki wyznań lirycznych.
Konkurs dzieli się na kategorie wiekowe: od szkoły podstawowej do
szkół średnich.
Młodzi, którzy decydują się na wzięcie udziału w konkursie literackim,
pokonują przede wszystkim strach przed grupą rówieśniczą. Kiedy
jednak zdobywają nagrodę czy wyróżnienie, presja środowiska maleje
i akceptacja jest pewna.
Tematyka utworów prozatorskich dotyczy w dziewięćdziesięciu
procentach fantastyki szeroko pojętej. W świecie przedstawionym
przez twórców pojawiają się postaci fantastyczne, niesamowite
wydarzenia i miejsca akcji.
Być może jest to chęć, by uciec od tego, co niesie zwykły dzień. Jednak
podziwiać

należy

inspiracje

młodych

nagrodzonych w konkursach prac,

twórców.

W

wyborze

w latach 2010-2020, dominują

opowiadania o tematyce fantastycznej. Brakuje im jeszcze wiele
warsztatowych

umiejętności,

czym fascynują się młodzi ludzie.

jednak

stanowią

przegląd

tego,

Twórczość poetycka młodych twórców jest przebogata. Można śmiało
stwierdzić, że budzące się uczucia znajdują odzwierciedlenie w ich
twórczości.
Forma i treść utworów zadziwiają czytelnika. Są wiersze, które
świadczą o dorosłości uczuciowej, są również takie, które ze względu
na młody wiek w większości autorek są wyliczankami i rytmicznymi
przekazami znanych treści.
Twórczość literacka nigdy nie jest łatwa. Zabawa czy praca słowem
może stanowić duży problem dla młodego twórcy. W utworach
laureatów konkursów organizowanych przez Morąski Dom Kultury
dominuje sfera uczuć. To dobrze. Uczucie dla młodego twórcy to przede
wszystkim wyzwanie, do którego dąży każdy poeta.
Jest niewiele placówek kultury, które przedstawiają szerokiemu gronu
czytelników dorobek młodych twórców, przede wszystkim uczniów
szkół podstawowych i szkół średnich. Uważam, że dzięki takim
konkursom można zauważyć wyjątkowych twórców. To od dorosłych
zależą dalsze losy młodych twórców. Jestem przekonana, że laureaci
dziesięciu konkursów literackich, jeśli będą pogłębiać swoją literacką
wiedzę i pisać, zdobędą czytelników i usłyszymy o nich nie jeden raz.
Niektóre nazwiska pojawiają się rokrocznie, inne trafiają się tylko raz.
Czekamy z niecierpliwością na kolejny konkurs. Ciekawe, jaka tematyka
będzie tym razem dominować w twórczości? Jestem przekonana, że
czytelnicy, a wśród nich: twórcy, rodzice, znajomi, koledzy, otrzymują
przegląd najlepszych prac z ubiegłych konkursów.

Na koniec pragnę przedstawić utwór, napisany przez gimnazjalistkę,
który zaskoczył mnie wyjątkową dorosłością i formą, który świadczy
o talencie autorki.

Niby takie łatwe ale jednak trudne.
Pisane ołówkiem lub piórem.
O życiu i rodzinie.
O miłości i nienawiści.
O tym co nas łączy i dzieli.
O wszystkim co codzienne ale jednak obce.
O nas samych i o naszym zachowaniu.
Niby jasne i czytelne ale nasuwające
tak wiele pytań.
Nadzieją jest to, że znajdziemy
na nie odpowiedź.

Autor wiersza: Wiktoria Maria Buczek

Pracę plastyczną wykonała: Paulina Dobrzańska

Za umożliwienie przedstawienia dorobku dziesięciu konkursów
literackich organizowanych przez Morąski Dom Kultury, Panu
Dyrektorowi Andrzejowi Niewiadomskiemu z podziękowaniem
Elżbieta Duch
Od wielu lat mam wyjątkową okazję być jurorem konkursu
literackiego „Otwarte drzwi”, którego pomysłodawczynią jest pani
Beata Cetkowska. Cieszę się, że z każdym rokiem przybywa chętnych,
którzy chcą dzielić się z nami swoją pasją i pisać nie tylko „do szuflady”.
To zdumiewające, jak przez te kilka lat rozwinęły się nasze
prozatorskie talenty, jak ewaluowało poetyckie pióro. Co szczególnie
cenię sobie w tym konkursie? Zadziwienie, zachwyt, możliwość
przeniesienia się w nieznane mi dotąd światy i spotkania z bohaterami
dziecięcej fantazji. Odnajduję więc wątki fantastyczne, magiczne
przedmioty i nadprzyrodzone zdolności bohaterów, którzy będą dla
mnie zmieniać świat, a wszystko po to, by żyło mi się lepiej.
Pomysłem, inspiracją stają się

codzienne, banalne sytuacje,

czasem zabawne, innym razem frustrujące. Nie brakuje podstawowych
wartości – przyjaźni, miłości, rodziny, a więc tego, co jest niezbędne dla
młodego człowieka, by czuł się szczęśliwy. Czytelnik pozna tu także
bohatera samotnego, pogubionego, niepewnego, który nie akceptuje
siebie i swojego otoczenia, z prawem do buntu i krzyku, którego jedyną
karmą jest nadzieja.
Postrzeganie świata na tym etapie, choć bardzo schematyczne,
przewidywalne i w kategoriach dobra i zła, jest autentyczne
i przekonuje mnie. Cieszę się, że młodzi ludzie w pisaniu odnajdują

sposób na wyrażenie siebie i swoich osobowości. I choć czasem widać
pewną nieporadność językową, kompozycyjną, to w żaden sposób nie
przeszkadza to w odbiorze tych maleńkich dzieł.
Wszystkim uczestnikom naszych konkursów literackich życzę
ogromnej wyobraźni w tworzeniu nowych wizji i kreacji świata
przedstawionego, studni pomysłów, lekkości pióra i odwagi, by dzielić
się swą twórczością z nami – czytelnikami.
Małgorzata Szliter

Rok 2010
ZIMA
Zimą chodzę na sanki.
Mam super koleżanki
lepiąc ze mną bałwanki.
Spadające gwiazdy śnieżne
tworzą białe dywany.
My łyżwy zakładamy
i po lodzie gnamy,
rzucamy się śnieżkami
i ubaw przy tym mamy.
Gdy mamy trochę czasu
i przywitamy już zimę,
idziemy wtedy do lasu
dokarmiać leśną zwierzynę.
Pod dachem wiszą sople,
a mróz tworzy rysunki.
Pięknie zima maluje
na oknach naszej szkółki.

Pracę plastyczną wykonała: Hanna Białek

WIOSNA
Wiosna przychodzi sama,
niczym piękna dama.
Strojna, w kwiaty ubrana,
zielenią okryta i nieprzejednana.
Zagląda przez okna,
zagląda przez drzwi,
wita się miło i ciepło
z dorosłymi i dziećmi.
Latają jaskółki, śpiewają skowronki,
ruszają rowery na wieczorne spacery,
bzyczą bąki, osy, pszczółki,
że niedługo koniec szkółki.
Zielono w głowie,
czerwono w zeszytach,
niemądre dryblasy
wylatują z klasy.

Pracę plastyczną wykonała: Amelia Hubacz

JESIEŃ
Jesienią
opadają z drzew liście kolorowe,
by wiosną
na ich miejscu mogły rosnąć nowe.
Co dzień z rana,
choć trochę niewyspana,
idę na polanę spacerkiem,
by pobiegać z wiaterkiem.
Krzakom podkradam maliny,
potem na syrop kaliny,
biegnę z uśmiechem do domu,
nie mówiąc o tym nikomu.
W ogródku sadzę truskawki
otulam gniazdko turkawki.
Zwierzęta gromadzą zapasy,
czekają na zimne czasy.
Lubię korzystać z jesieni,
gdy słońce w jej liściach się mieni!

NA SMUTKI
Dzisiaj nastrój mam ponury,
Chce się schować gdzieś do dziury.
Jestem smutna, jestem zła,
No i wszystko jest nie tak.
Wszystko złości mnie dookoła,
Dziś nie będę już wesoła…

DLA TOMKA NA URODZINY
Dzisiaj Tomcio święto ma, dziś zabawa na sto dwa.
Wielu gości przyjdzie dziś,
Babcia Zosia, Dziadek Zdziś.
Będzie Mama, będzie Tata,
Szymon, Kasia i Agata.
Pewnie Olaf przyjdzie z mamą.
Goście tort pyszny dostaną.
Wszyscy przyjdą dziś do niego,
Bo wspaniałym jest kolegą.
Tomcia przecież wszyscy znamy,

Zawsze grzeczny, uczesany.
Słucha Mamy, słucha Taty,
I ma w sporcie rezultaty.
Tomek mądry jest i dobry,
Sprytny, bystry i wesoły
W szkole piątek ma tak wiele,
Jest wspaniałym przyjacielem.
Ale koniec opowieści.
Czas na torcie zdmuchnąć świeczki.
Więc życzymy Ci kolego,
Wszystkiego, wszystkiego najlepszego.
Dużo zdrowia i radości,
Dużo szczęścia i czułości.
Niech się spełnią Twe marzenia.
A Ty nigdy się nie zmieniaj.

Autorka wierszy: Agata Rafalska
wyróżnienie w kategorii poezja
Szkoła Podstawowa

Pracę plastyczną wykonała: Magdalena Draheim

DLA PRZYJACIELA
lubię chodzić z Tobą na łąkę
w poszukiwaniu uśmiechu
spotykam wtedy
łagodny powiew wiatru
i Twoje roześmiane oczy
jest tak bezpiecznie
w naszej małej Kalifornii
drzewa nucą ulubioną melodię
ostrożnie i nieśmiało oddycha powietrze
płatając niewinne figle mrówkom
nasze dusze bardzo się polubiły
nawet słowa stały się im zbędne
dziękuję
za wszystko i za to
że pozwalasz mi przetrwać
w świecie gdzie nikt nie czyta już wierszy
i nikt nie patrzy w niebo.
***
kiedyś z jej odejściem
zniknął najmniejszy promień słońca

a wszystkie marzenia prysły
jak mydlana bańka
wraz z ostatnim pocałunkiem
pełne czułości serce przepełniła pustka
która wkładając mu papierową maskę
ogłosiła że nie zostanie złamane już nigdy
teraz z takim sercem jest silny
niepodatny na samotność
a przez życie kroczy
w zbroi odpornej na ból
nie ogląda się za siebie
beznamiętnie wzruszając ramionami
gardzi najmniejszą chwilą słabości
obojętnie patrzy w czyjeś oczy
z przybitym młotkiem goryczy
uśmiechem do twarzy
usiłuje podołać roli
szczęśliwego człowieka
tylko późnym wieczorem
gdy już nikt nie patrzy
ociera po kryjomu łzę
– ateista modlący się
o odrobinę miłości

Autorka wierszy: Aleksandra Knyś
laureatka w kategorii: wiersz, Szkoły Średnie

DOM DUCHÓW
Urodziłam się wśród wrzasków, więc i sama zaczęłam krzyczeć.
Codziennie, rano i wieczorem, w dzień i w nocy. Nazwali mnie
nieszczęsnym imieniem – Lotta. Wolałabym, gdyby nazwali mnie
Monika, Sandra lub jakimkolwiek innym imieniem, byle nie Lotta.
Mieszkałam
w małym dworku. Jednak pewnego dnia, kiedy skończyłam 12 lat,
musiałam się z rodzicami i ciotką przenieść, żeby rodzice mogli
poprowadzić firmę. Zamieszkałam w Morągu. To dosyć ładna
miejscowość.
Mieszkanie jest super, ale…tu chyba straszy.
Któregoś dnia poznałam pewną Kaję, bo mieszka obok mnie, a teraz to
moja przyjaciółka.
Pewnego jesiennego wieczoru poszłyśmy do mojego domu. Kajka
otrzymała pozwolenie od mamy, żeby u mnie nocować przez trzy dni.
Kładziemy się spać, ale…nagle usłyszałyśmy jakieś szelesty…
Była północ, a wszystkie meble się ruszały. Pobiegłyśmy do moich
rodziców, ale nie wyrwałyśmy ich z łóżka. Jednak dwie minuty później
dom powrócił do normy, ale i tak resztę nocy spędziłyśmy w łazience.
Rano poszłyśmy do kuchni. Śniadanie było gotowe, naleśniki
z czekoladą. Po śniadaniu moi rodzice pojechali do pracy, czyli
niewielkiej firmy budowlanej.

Wyszłyśmy z Kają na dwór, bo przed domem są piękne posążki
krogulców. Lecz… zaraz, przecież one nie „siedziały” na schodach.
Leżały przy basenie. Powiedziałam o tym Kai. Ona na to: „Pewnie twoi
rodzice je przełożyli”. Ona jest niepoważna! Wróciłyśmy do domu,
a gdy rodzice przyjechali, powiedziałam im, to samo co Kai, a oni
powiedzieli:
„…Może my przełożyliśmy…”. Czy jestem jedyną myślącą wśród nich?
W tym domu naprawdę straszy!
Kolejna noc. W godzinie duchów idziemy do łazienki. Dziś znów było
tak samo.
No… więc o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt zadzwonił budzik.
Pobiegłyśmy do łazienki. Odmierzałyśmy czas. Minęła minuta i pół,
kiedy z kranu zaczęła lecieć woda. Moja przyjaciółka od razu pobiegła
do mojego pokoju. Prześlizgnęłam się za nią. Schowałyśmy się pod
łóżkiem. Całe się trzęsłyśmy.
Zegar wybił dwudziestą czwartą trzydzieści, ale i tak nic się nie
zmieniło. Skończyło się o pierwszej. Położyłyśmy się z powrotem spać.
Niestety, każdy sen musi się kiedyś skończyć, więc zeszłyśmy na dół,
na śniadanie. Dziś kanapki z szynką. Zjadłyśmy wszystko, co do
okruszka.
Mamy sobotę, nie musimy wędrować do szkoły. Poszłyśmy na alejki.
To park w centrum miasta. We frontowej części parku jest scena, a po
prawej stronie plac zabaw. Nie mogłyśmy się zdecydować, gdzie
najpierw pójść. Poszłyśmy się pohuśtać, potem na karuzelę, a później

potańczyć na scenie. Po południu wróciłyśmy do domu. Nie będę
opisywać obiadu, bo to zbyt nudna część dnia. Po posiłku poszłyśmy do
sklepu po makaron, twaróg, cukier i śmietanę. Na kolację mama
przygotowała właśnie makaron z twarogiem.
Autorka prozy: Julia Lubiecka
wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

***
Nastała cisza w rozmowie. Z cichym westchnieniem odłożyłem na blat
pustą szklankę po soku pomarańczowym. Spojrzałem przy tym na
ukochaną siedzącą tuż koło mnie. Jej twarz spowita bólem budziła we
mnie teraz nie smutek, a odrazę. Szybko więc odwróciłem od niej
wzrok na bordową tapetę, która zdobiła ściany baru. Wokół unosiła się
woń alkoholu, potu i papierosów, a jakby tego było mało to w uszach
dudniła muzyka techno. Tania knajpa na przedmieściach, ciesząca się
złą reputacją.
– Akira… Nie chciałam Cię zranić… Nie wiedziałam, co robię –
przemyślenia na temat baru przerwała mi moja partnerka, na co ja
zacharczałem z niezadowoleniem. Powoli odwróciłem głowę ponownie
w jej stronę, odgarniając włosy z oczu, zakładając je za ucho. Nie wzięła
mnie chyba za osobę tak naiwną, która nabierze się na łzy. Miałem
ochotę zrobić awanturę na cały lokal, ale nie chciałem rozbudzać
atmosfery tego nudnego miejsca, pełnego zaćpanych nastolatków.

– Zamknij się. Dobrze wiedziałaś co robisz, moja droga. Tylko nie
zmarnuj życia swojemu dziecku tak jak sobie. Myślę, że na to nie
zasługuje. Ty za to jak najbardziej. Udanego życia z Albinem – to
mówiąc złapałem rękaw czarnej kurtki i rozbijając nieumyślnie
szklankę, wyszedłem z tego ponurego miejsca. Usłyszałem jedynie jak
Alice zanosi się gorzkim płaczem i drzwi zamknęły się z hukiem. Znów
padał śnieg, a święta można było wyczuć z każdym kolejnym haustem
powietrza. Zarzuciłem na siebie kurtkę i pośpiesznie udałem się
w kierunku domu, obierając jak najkrótszą drogę, która prowadziła
przez najciemniejsze uliczki miasteczka. Jednakże byłem wstrząśnięty
sprawą z Alice. Myśli o niebezpieczeństwach, jakie tam czyhają, nie
zagościły nawet na chwilę w mojej głowie. Za to gościły inne. Dlaczego
ona mi to zrobiła? Układało się nam tak dobrze, mieliśmy plany…
„Jestem w ciąży z Albinem, przepraszam” – te parę słów razem brzmiało
gorzej od jakichkolwiek wyzwisk. Zrujnowała moje dotychczasowe
szczęście, ale to w końcu nie koniec świata. Rozejrzałem się wokół czy
nikt ze mną nie idzie i sam wszedłem w wąską, ciemną uliczkę, która
była skrótem do mojego domu. Nie wiem czemu, ale ludzie uważali tę
uliczkę za przeklętą przez to, że nie padało na nią światło słoneczne.
Więc w sumie beż różnicy jaka to była pora dnia – ona zawsze stała
w mroku. Sam niespecjalnie się bałem przez nią przechodzić, a już na
pewno nie wierzyłem w jej klątwę. Między murami ustawionymi blisko
siebie było tak ciepło, że pozwoliłem sobie zdjąć szalik, a nawet kurtkę.
Szedłem zamyślony przez większą część drogi, póki nie usłyszałem
jakiegoś szelestu. Momentalnie serce zaczęło szybciej bić i zrobiło się
jeszcze cieplej. Nie chcąc siać paniki tylko przyspieszyłem kroku. Tracąc
powoli zimną krew potknąłem się o jakąś puszkę. Łapiąc równowagę
zakląłem parę razy pod nosem i znów się wyprostowałem. Przede mną
stała jakaś postać i zanim zdążyłem krzyknąć zatkała mi usta dłonią,

a drugą wolną objęła w pasie ograniczając ruch. W przypływie strachu
zacząłem się bezsensownie szamotać, lecz ten ktoś nie puszczał.
Zrozumiałem sytuację dopiero wtedy, gdy pchnął mnie na ścianę tak, że
uderzyłem w nią wcale nie lekko. Teraz już stałem, szybko oddychałem,
a postać zabrała rękę z mych ust.
– Kim jesteś? – odezwałem się zachrypniętym głosem, próbując
desperacko wtopić się w ścianę i wyjść po drugiej stronie. Chyba
rozśmieszyła go moja postawa, bo jedyne co pamiętam, to jego
szyderczy, biały uśmiech.
– Shiki, ale to teraz nieważne – rzucił mężczyzna niedbale i odgarnął
włosy z mojej szyi. Zdążyłem tylko nabrać powietrza do ust, zacisnąć
powieki i poczułem przeszywający ból, który zrodził się w miejscu,
gdzie wbił swoje kły. Przeszył całe ciało na wskroś. Łzy mimowolnie
pociekły po policzkach, z warg zdołał wydobyć się tylko pseudo krzyk.
Na sam koniec złożył jeszcze parę zimnych pocałunków w poharatane
miejsce, jakby chciał przeprosić. Potem oddalił się w pośpiechu.
Upadłem na ziemię i szybko dotknąłem rozdartej tętnicy, lecz po
ugryzieniu nie było ani śladu. Rana zniknęła wraz z mężczyzną…
Autorka prozy: Dominika Małkińska
Wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

Pracę plastyczną wykonał: Stanisław Adamczyk

ROK 2011
W STRONĘ ŚWIATŁA
Widzę światła blask
lecz ciemność wokół nas.
Za rękę z przyjacielem
szliśmy, schodów wiele.
Aż wreszcie dotarliśmy
do końca drogi, którą szliśmy.
Przy bramie powitał nas
pan czas.
Kluczem otworzył bramę
i Jaś zobaczył swoją mamę.
Wiedzieliśmy, gdzie trafiliśmy.
To na koniec nasz
przyszedł czas.
LAWINA
Lawina uczuć,
Lawina myśli,
Lawina wszystkiego, co się przyśni,
Lawina smutku,
Lawina szczęścia,
Lawina przyjścia i odejścia,
Lawina zdrowia i choroby,
Lawina zgody i niezgody,
Lawiną życie, lawiną świat,
Ciągłe lawiny wokół nas.

NA ŁĄCE
Na łące
gdzie jaskry świecące
maki i fiołki fikają koziołki.
Ptaki się zbierają
koncerty urządzają.
Żaby kumkały
lecz szybko przestały.
I już wiem, dlaczego
bociany leciały
i żabki się schowały.
Tak na łące
mogłabym leżeć godzinami
gdyby pisania nie przerwał mi deszcz.
Więc cześć!
Autorka wierszy: Katarzyna Sarna
nagroda w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

GDYBYM WIEDZIAŁA, CO MNIE CZEKA
Jest na świecie wiele dróg,
A jeszcze nie wiem, co zaplanował Bóg.
Co by się stało, gdybym to powiedziała?
Co by było, gdybym nie skłamała?
Idę przed siebie wiedząc,
Co spotka mnie za progiem,

Ale wiem, że idę za Bogiem.
On wie, jaki los mnie czeka
I jak bardzo prawda zmienia człowieka.

MIŚ USZATEK
Dostałam kiedyś misia Uszatka.
Miał guzikowe oczy, na brzuszku jakaś łatka,
Niebieskie kalesony i małą czapeczkę
I taki gruby, jakby połknął soli beczkę.
Bawiłam się całymi dniami,
Nie byłam zachwycona żadnymi lalkami.
A teraz
Jestem już starsza i nie bawię się zabawkami,
Ale lubię popatrzeć na mego misia z łatkami.

Autorka wierszy: Roksana Skibiak
nagroda w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

Pracę plastyczną wykonała: Kinga Koźlakiewicz

Pracę plastyczną wykonała: Natalia Trzcińska

POWIEDZ, CZY MNIE KOCHASZ?
Oddaj mi jeden pocałunek
Piękny i dobry jak ja i ty
Oddaj mi siebie, tak jak ja tobie
Nie niszcz mnie, a bądź przy mnie
Na zawsze i dłużej, byleś był
Do życia potrzebny mi jesteś tylko ty
Dlaczego, tak opierasz się?
Czyżbyś nie chciał ujrzeć mnie?
Otwórz oczy, o co chodzi?
Jeśli nienawidzisz, powiedz proszę
Ale jeśli zostawisz, to odejdź teraz
Bo patrzeć na to nie zamierzam
To ty masz być miłością mą
Dlaczego nie rozumiesz tego?
To nie tak trudno trwać przy mnie
A jednak ukrywasz coś, w głębi
Jeśli kochankę masz, powiedz teraz
Jeśli nic nie czujesz do mnie, odejdź
Śmiało droga wolna, ale nie bądź brutalny
Nie traktuj jakbym była własnością twą
Ale jeżeli jednak mnie kochasz
Pocałuj mnie tak delikatnie jak potrafisz
Ja wiem przecież, że mnie kochasz
Bo złudzeniem to być nie może

STROŚĆ NA KONIEC
A wiatr wieje i wieje.
Porusza zbladłymi liśćmi.
Ach wiej wietrze, wiej,
Strząśnij resztę jesieni.
My zimy już chcemy,
Więc daj nam jej odrobinę.
I śniegu, i bieli trochę.
Rozświetl nam niebo zimowe.
Podaj później wiosnę,
Na wielkanocnym stole.
Zamknijmy rok nowy,
Wakacjami pełnymi pokory.
Tak nam ten rok minie,
Szybko, biegle i spokojnie.
Że nim się obejrzymy,
Starość przyjdzie na koniec.

O CZYM SZEPCZE MIŁOŚĆ?
Wyszeptaj do ucha ukochanej.
Uśpij ją słowami słodkimi.
Przyrzeknij miłość do końca jej samej.
Nie daj jej zwątpić w tej chwili.
Nie skłam ani jednym słowem.
Daj jej miłość wszechświata,

I pozwól jej się wypłakać.
Niech twe słowa ją utulą.
Niech wplotą się w serce jej.
Ona pocieszenie tam znajdzie,
Więc daj jej to, czego chce.
A gdy ucichnie po chwili,
Ty też zamilcz na moment.
Przekaż jej w zamian usta swe,
Całuj namiętnie i z pasją.
Potem w jej oczy spójrz,
I przyrzeknij raz jeszcze,
Że opuścić jej nie chcesz.
Słuchaj uważnie ukochanego
Niech szepcze do ucha ci.
Niech przyrzeka miłość na zawsze.
Niech utwierdzi cię w przekonaniu tym.
Oby nie skłamał ani słowem jednym.
Niech ci da miłość świata tego.
A potem wybuchnij płaczem rzewnym
Niech jego słowa otulą cię
Niech przenikną serce twe.
Szukaj pocieszenia w nich,
I on da ci to, czego chcesz.
Potem uspokój się na chwilkę.
Daj się pocałować mu
Zatop się w pocałunku tym
Skradnij namiętność i pasję,
A gdy spojrzy w oczy twe,

Niech przyrzeknie raz jeszcze,
Że opuścić cię nie chce.
Autorka wierszy: Dominika Rutkowska
nagroda w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

Z OSTATNICH NOTATEK
za pięć niedziela
pogrzeb to ceremonia na której
ilość znajomych na naszej-klasie
się zwiększa
a poezja nie cieszy
szczytowaniem
przy tomiku Mickiewicza
chociażby Słowackiego

[PRAWIE PUSTY WIERSZ]
kropka
wprawia w zachwyt
kropkę
obok.

O PSYCHOLOGACH I SZOPENIE
sięgając dna często
– szklanki miewacie kłopoty
z powrotem
na powierzchnię
podobno
w poprzednim życiu
miałem kłopoty
z dojściem
do siebie
gdy dowiedziałem się
że umiera mój
koniec.
Komponujemy zatem
zgłodniałym duszom
dźwięki
zdiagnozowano: chory na małego
Szopena
zabiłem się
bo był mniejszy.

Autorka wierszy: Justyna Grzesiowska
nagroda w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Średnich

ODNALEZIONA PASJA
07.10.2006 r. Piątek
To ja Ania. Wróciłam z taekwondo (to taka sztuka walki). Uwielbiam to!
Jestem jeszcze w drugiej klasie, więc niezbyt wiele umiem, ale potrafię
zrobić gwiazdkę. Na treningu mamy niezły wycisk. Musimy wchodzić
na drabinki tylko za pomocą rąk, robić pompki, brzuszki, a później
jeszcze wykonywać kopnięcia o dziwnych nazwach. Ta sztuka walki
wywodzi się z Korei. Mamy takie śmieszne białe stroje i pasy o różnych
kolorach. Mój jest żółty z zielonym paskiem, ale chciałabym mieć
czarny, bo taki ma trener.
08.10.2006 r. Sobota
Właśnie wstałam. Wszystko mnie boli (to po treningu), ale nie
narzekam.
Mama właśnie woła mnie na śniadanie. Lecę!
Przygotowane były pyszne naleśniki. Kiedy mama podawała mi talerz,
powiedziała, że jutro przyjeżdża babcia. Super! Uwielbiam swoją
babcię, bo jest miła i zawsze daje mi słodycze.
09.10.2006 r. Niedziela
Babcia przyjechała i powiedziała, że będzie teraz u nas mieszkać, bo
musi mnie utuczyć, taki ze mnie kościotrup. Zaczęłam opowiadać babci
o treningach. Niepotrzebnie się odzywałam. Powiedziała, że to wstyd,
żeby dziewczynka chodziła na taekwondo, powinna chodzić na balet.
Chce ufundować mi zajęcia z gimnastyki artystycznej, bo rodzice mają

ciężką sytuację finansową. Mama i tata poparli pomysł babci. O nie!!!
Kiedy patrzę na te szpagaty, sznureczki, salta i podskoki, aż mi się chce
uciekać, na szczęście mamy sale na dwóch różnych piętrach.
10.10.2006 r. Poniedziałek
Wczoraj nic nie pisałam, ale przez cały dzień (tylko nie w szkole)
płakałam.
Dzisiaj wypłakałam się wychowawczyni, więc teraz jest dobrze. Jednak
uważam, że to niedorzeczne, abym zamiast na taekwondo, miała
chodzić na balet. Nawet nie na balet, tylko jakąś artystkę gimnastyczną,
czy jakoś tak.
Okropne. Jeszcze dzisiaj idę na te… te… zajęcia.
Wróciłam. Nauczycielka, czyli madame Lazur przywitała mnie słowami:
„Witam Cię droga Aneczko”. Jak tak można! Rozumiem Anna, Ania lub
Anka, ale Aneczka to już było przegięcie! Później było jeszcze gorzej.
Zaczęło się rozciąganie. Zupełnie inne niż na treningach. Jedna osoba
popychała plecy drugiej tak, żeby dotknęła albo nawet złapała swoją
stopę. Kiedy skończyliśmy, trzeba było powtarzać ruchy madame i to
w rytm muzyki! Na koniec pani dała mi szarfę gimnastyczną i ohydną
jaskraworóżową spódniczkę. Nienawidzę tego.
14.10.2006 r. Piątek
Wczoraj i przedwczoraj nie działo się nic ciekawego. Dzisiaj byłam na
tych idiotycznych zajęciach. Na balecie powiedziałam pani, że idę do
łazienki, a tak naprawdę poszłam ZOBACZYĆ, jak moja grupa ćwiczy

taekwondo. Jakie to było piękne! Niestety w końcu musiałam wrócić, bo
wyszłoby wszystko na jaw. Będę to robić zawsze.
Po czterech latach
23.11.2010 r. Poniedziałek
Dzisiaj byłam na zajęciach baletu. Już się tak nie buntuję, w końcu
jestem w szóstej klasie. Po zajęciach, gdy szłam korytarzem, zaczepił
mnie trener taekwondo (wcześniej unikałam go jak ognia… jak tylko
człowiek na chwilę straci czujność, to od razu coś się dzieje). Zapytał
dlaczego przerwałam trening, więc opowiedziałam mu całą historię.
Powiedział, że mogę chodzić na zajęcia taekwondo nic nie płacąc. Tylko,
że treningi pokrywają się z lekcjami baletu, więc będę chodziła do
grupy zaawansowanej, zamiast do grupy średniozaawansowanej.
Super!!!
25.11.2010 r. Środa
Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia. Nareszcie będę robiła to,
co kocham.
26.11.2010 r. Czwartek
W tej grupie jest tylko jedna dziewczyna oprócz mnie, ale ona jest
starsza ode mnie o cztery, pięć lat. Jestem już w domu, po treningu. Ale
się zmęczyłam! Najpierw była rozgrzewka, no i spoko, i w ogóle. Jednak,
później musieliśmy skakać na skakance przez 3 minuty. Jak się wtedy
zmęczyłam! Następnie ćwiczyliśmy kopnięcia i obronę. Wszystko
pamiętałam (sprzed czterech lat), lecz teraz jest tego o wiele, wiele
więcej i połowy ćwiczeń nie potrafię wykonać. Na koniec biegliśmy

truchtem przodem i tyłem, co było bardzo łatwe. Rodzice strasznie się
zdziwili, kiedy przyszłam taka zmęczona, ale powiedziałam im, że
biegłam (oczywiście skłamałam, bo szłam najwolniej, jak mogłam.
Treningi kończą się o dziesięć minut wcześniej niż balet). UWIERZYLI!
Następnym razem najpierw trochę ochłonę i dopiero pójdę,
spacerkiem, tak jak dziś. Jutro balet. Nawet nie chce mi się tego
opisywać.
30.11.2010 r. Poniedziałek
W grupie zaawansowanej jest mój kolega z przedszkola, Kuba (ostatnio
go nie było). TO JEDYNA OSOBA, KTÓRĄ TAM ZNAM! Trener
powiedział, że mogę jechać na zawody, ale musze mieć podpis rodziców
na zgłoszeniu i mam iść do lekarza sportowego. Ojoj…
Kiedy wróciłam do domu położyłam na stole zgłoszenie, a na
nim sprawdzian, zostawiając tylko miejsce na podpis. Sprytne, prawda?
Teraz czekam tylko na odpowiedni moment. Mama wyszła z kuchni
i spiesząc się założyła płaszcz. Powiedziała do mnie: „Idę na rozmowę
kwalifikacyjną”. Powiedziałam, żeby trochę poczekała, no i oczywiście
podpisała „sprawdzian”. Udało się!
Chwyciłam kurtkę i krzyknęłam do babci: „Lecę na dwór! Pa.”
Pobiegłam do domu trenera, żeby oddać mu zgłoszenie. Tylko, że
została mi jeszcze wizyta u lekarza. Na szczęście mogę iść z ciocią.
Poszłam do niej i od razu wybrałyśmy się do przychodni. Jadę na
zawody! Tak, tak, tak!
03.12.2010 r. Czwartek
Dzisiaj na trening przyszła jakaś dziewczyna i przedstawiła się
jako Karolina. Później chichotała z chłopakami i co chwilę gapiła się na

mnie. Na treningu też nie było zbyt przyjemnie. Tak w ogóle, to zawody
są za tydzień. Mam czas na przygotowanie.
Kiedy wróciłam do domu, poszłam do swojego pokoju
i zaczęłam ćwiczyć kopnięcia, uderzenia, uskoki, doskoki i uniki.
W końcu babcia zawołała mnie na kolację.
07.12.2010 r. Poniedziałek
Dzisiaj nie było Kuby. Trochę więc było nudno. Wolę, gdy on
jest na treningu, bo nawet jak coś zrobię źle, to się do mnie uśmiecha
i wiem, że nic się nie stało.
10.12.2010 r. Czwartek
Glizdy (Karoliny) na szczęście nie ma. Prawie nikogo nie ma!
Strasznie mało ludzi przyszło. Szkoda, ale i dobrze.
13.12.2010 r. Poniedziałek
Zawody!!! Ja nie mogę, walczę z taką dziewczyną, która gdyby
ważyło kilogram więcej, nie zmieściłaby się w mojej kategorii wagi. Na
szczęcie mam paczkę krówek na pocieszenie. Teraz zjem tylko jedną,
a jak wejdziemy do autokaru wciągnę resztę.
Zajęłam II miejsce!!! Jejku, żebyście to widzieli. Gdyby nie to, że
byłam zmęczona, miałabym I. Jednak i tak jest dobrze. Oby babcia się
nie dowiedziała, bo napiszą o nas w „Tygodniu z Morągiem”. Wydanie
pojawi się w przyszły poniedziałek.
14.12.2010 r. Wtorek
Wszyscy w szkole mi gratulują, a największy chuligan w szkole
się mnie boi. Jak ja się cieszę… gdybym zajęła jakieś miejsce na
konkursie z baletu, byłabym pośmiewiskiem klasy, szkoły, a może

nawet i miasta!!! Wiem, mam skłonności do wyolbrzymiania.
Przynajmniej

nie

denerwuję

się

przed

występami,

zawodami

i podobnymi rzeczami. Kiedy tak leżę z głową pod kołdrą, zapaloną
latarką w jednej ręce i długopisem w drugiej czuję się po prostu
spełniona. I nie chodzi tu o moją pozycję, tylko o cały dzisiejszy
i wczorajszy dzień.
16.12.2010 r. Czwartek
Nie!!! Glizda przyszła na trening…
Właśnie, nawet na mnie złośliwie spojrzała. Teraz do mnie podeszła
i … Zaczęłyśmy gadać! Ona powiedziała: „Jesteś równą gościówą”.
I Glizda za tydzień po mnie zajdzie. Na treningu normalka, tak w ogóle,
to się okazało, że ona wczoraj wprowadziła się do tego domku co ja,
tylko naprzeciwko (mieszkam w domku kilkurodzinnym). Nawet
nieźle!
19.12.2010 r. Poniedziałek
Dzisiaj był Kuba, no i poczęstował mnie żelkami. On jest dość
fajny. Na treningu ćwiczyliśmy pumsy (takie układy ułożone kopnięć,
obrony itd.). Kiedy wyszłam z sali czekała na mnie BABCIA!! Ojoj!
Zaczęła mi wypominać, ze nie można kłamać, że starszych trzeba
słuchać itp. Ale (zawsze jest jakieś „ale”) pozwoliła mi chodzić na
treningi zamiast na balet, jednak muszę przeprosić Madame Lazur za
zrywanie się z zajęć. Super!!!

Autorka prozy: Julia Lubiecka
nagroda w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

INNA
Był szary, ponury dzień – taki, jak większość w moim życiu. Siedziałam
sama na murze, równie spękanym jak me serce. Słuchając muzyki,
spoglądałam spod opadających na czoło włosów na przechodzących
w pośpiechu ludzi. Oni również spoglądali na mnie z boku, lecz tak,
jakby mnie już znali – z pogardą, a czasem nawet ze strachem. Wszyscy
uważali mnie pewnie za siksę i gówniarę. Nikt nie powiedział mi tego
wprost, lecz za mymi plecami wszyscy szeptali bzdury i oczerniali mą
osobę. Może przeszkadzało komuś, że ja żyję? Lecz co mogli stracić,
gdybym przeżyła jeszcze choć kilka lat? Nie wiem. W szkole też nie było
łatwo – nikt mnie nie lubił i wszyscy unikali spotkania ze mną. Dla nich
nie było ważne kim jestem, lecz jak wyglądam i co mam, a miałam
niewiele. W domu, o ile można go było tak nazwać, nie byłam nikomu
potrzebna, nie wiedziałam co to miłość, a dla mojego ojca byłam tylko
przeszkodą. Cóż, przecież dziecko to wydatek, a na wódkę, fajki
i kolejne dawki też trzeba mieć pieniądze.
Moja mama zmarła, gdy byłam mała. Bardzo za nią tęsknię. Jedyne co
mi po niej zostało, to wspomnienia i jedno szarobiałe zdjęcie, które
zawsze noszę przy sercu. Moje życie było jednym wielkim dnem,
z którego nikt nie umiał mnie wyciągnąć. Musiałam latami radzić sobie
ze smutkiem i cierpieniem. Często chodziłam między szarymi ulicami.
Widziałam ludzi grzebiących w śmietnikach i żebrzące dzieci, często
takie, które uciekły z domu. Doskonale wiedziałam, co czują te maluchy
– myślą sobie „biec”, bo jedyną myślą jest „uciec”. Nieraz i ja uciekałam
z domu, a w większości przypadków nikt tego nawet nie zauważał.
Lubiłam przebywać sama i rozmyślać nad swym marnym życiem.
Wtedy też byłam sama. Między szaroburymi blokami przebiegł czarny

kot. Był on taki, jak ja – inny niż wszyscy, uznawany za symbol pecha
i nigdzie niechciany. Biedny, wychudły i sam, jak palec w tym wielkim
świecie. Błąkał się po zakątkach, oczekując litości i zrozumienia,
a odpychany z niechceniem i pogardą.
Mój wolny czas spędzałam z dala od domu. Lubiłam tańczyć (nikt
jednak nie chciał mnie w swoim zespole), rysowałam, a nawet
pomagałam innym, lecz mało kto, chciał pomocy od takiej, jak ja.
Większość się mnie bała, a ci, którzy do mnie podchodzili, robili to tylko
po to, by mi dokuczać i się naśmiewać.
Pewnego pamiętnego dnia w szkole dziewczyny, które nienawidziły
mnie w szczególności, zabrały i zepsuły mi telefon. Bałam się wracać
do domu. Wiedziałam jednak, że prędzej czy później będę musiała to
zrobić
i prawda wyjdzie na jaw,

więc postanowiłam powiedzieć o tym ojcu

teraz. Niedługo potem żałowałam jednak tej decyzji. Gdy tylko
skończyłam mówić, ojciec wpadł w szał i zbił mnie niesamowicie.
Byłam cała posiniaczona i zakrwawiona. Wybiegłam z domu, gdy tylko
udało mi się wyrwać z jego rąk. Uciekłam do miejsca, gdzie najchętniej
przebywałam – na most. Weszłam na poręcz i wzniosłam głowę ku
niebu. Me drżące usta mimowolnie poruszały się w modlitwie. Czułam
strach
i niepokój. Serce uderzało mi jak potężny młot, a oddech był nierówny.
Wiedziałam, że po śmierci, tam gdzie trafię, będzie mi o wiele lżej niż
tutaj,

wśród

ludzi

z

kamiennymi

i

zamarzniętymi

sercami,

niewrażliwymi i nieczułymi na cierpienia innych. Po raz ostatni
zamknęłam oczy i już miałam skoczyć. Nagle ktoś złapał mnie za rękę,

usłyszałam ciche słowa: „Nie warto”. Odpowiedziałam więc bez
zastanowienia:

Skąd wiesz?

Próbowałem. Nic ci to nie pomoże. Zaufaj mi.

Poczułam jakąś dziwną ulgę, lecz nie wiedziałam, co mam dalej zrobić.
On podał mi rękę i zdjął mnie ostrożnie z barierki, a gdy zobaczyłam jak
wygląda, bardzo się zdziwiłam. Był podobny do mnie. Z kapturem na
głowie, rękami w kieszeni, w szerokich spodniach. Zaproponował mi
spacer i rozmowę, a ja się zgodziłam. Opowiedziałam mu swą historię,
a on przedstawił mi streszczenie swego życia. Wypowiedział przy tym
słowa: „Oboje błądzimy, tak jak wszyscy, ale nie jak większość”. Miał
w tym wielką rację. Całe popołudnie i następne dni spędziliśmy razem.
Po raz pierwszy od wielu lat byłam szczęśliwa. Jeden człowiek zmienił
bieg mego życia.
To zadziwiające, jak ciepłe słowo i świadomość, że nie jest się już
samym, mogą pomóc, a nawet uratować życie drugiemu człowiekowi.
Następne tygodnie również spędziłam z Łukaszem – bo tak mu było na
imię. Nie wracałam do domu i nocowałam u mego nowego i jedynego
przyjaciela. Darzymy się wzajemnie wielkim szacunkiem i zaufaniem,
a ja już nawet nie przejmuję się tak bardzo swym ojcem i myślę tylko
o tym, co będzie. To, co już było, to tylko mały zamknięty i nieważny
epizod mego życia.
Autorka prozy: Monika Mutrynowska
nagroda w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

MIŁOŚĆ JAK PŁATEK RÓŻY (fragment prozy)
Moja opowieść, którą piszę, jest tak fantastyczna, że aż
nieprawdopodobna.
Żył sobie książę o imieniu Artur. Był wysoki, męski i nieśmiertelny, lecz
miał jeden słaby punkt, a było to miejsce za prawym uchem. O tej
słabości nie wiedział nikt, tylko on sam. Przyrzekł on sobie, że zdradzi
ten sekret tylko tej osobie, której będzie ufał i kochał nad życie. Miał on
ukochaną
o imieniu Zuzanna, która miała wielu wielbicieli. Z jednym miała się
zaręczyć, ale dzielny Artur pokonał go w walce o jej rękę i swojemu
przeciwnikowi zrobił szramę na policzku. Darował mu życie na prośbę
księżniczki. Ona jednak nie chciała wyjść za niego za mąż. Wymyśliła
jedno trudne zadanie dla swojego „amoranta”. Miał odnaleźć jej anioła
stróża w krainie dobra. Podjął się tego zadania i odnalazł go. Podarował
jej również magiczny kamień, który wyrażał uczucia właściciela. Przez
podarunek zdobył przyjaźń księżniczki, lecz ona nie zapomniała
o swoim pierwszym ukochanym. Zuzanna na cześć swojego byłego
narzeczonego
i w dzień walki o jej rękę, ustanowiła coroczny turniej rycerski. Właśnie
zbliżał się jego obchód i wszyscy mieszkańcy przygotowywali arenę.
W tegorocznym turnieju konkurencją było ujeżdżanie smoków.
Zuzanna pamiętała, że jej ukochany Kajl uwielbiał to zajęcie.
Księżniczka wiedziała, że wieść o turnieju dotrze do najdalszych
zakątków królestwa Leeno. Liczyła, że Kajl pojawi się na turnieju
i

wystartuje,

nie ujawniając twarzy. Zgodnie z planem Zuzanny,

pojawił się wcześniej. Spotkali się nad jeziorem różanym i umówili, że
w czasie turnieju ukochany znowu będzie walczyć o jej rękę, a jeśli mu

się nie uda, to razem uciekną z królestwa. Po powrocie Zuzia wiele
myślała o tym, że znowu będą razem, ale jednak cały czas wydawało jej
się, że o czymś zapomniała powiedzieć. Po zaśnięciu przypomniała
sobie, że nie powiedziała Kajlowi o zadaniu. „Artur jest nieśmiertelny.
Powiedział mi to, kiedy ofiarował mi magiczny kamień”.
Nazajutrz rozpoczęły się zawody. Do wieczora dotrwali tylko Kajl
i Artur. Książę nie chciał tracić Zuzanny, nie po tym, co jej wyznał.
Zaatakował więc smoka Kajla, który nie poddawał się i walczył dalej.
Niestety atak Artura był skuteczny. Mógł triumfować. Udało mu się
pokonać mistrza w ujeżdżaniu smoków – Kajla. Zuzanna, z chustą
w ręku, gratulowała zwycięzcy turnieju – Arturowi.
Nie była zadowolona z przebiegu walki. Kamień, który podarował jej
książę, zaczął świecić na czerwono, bo Zuzanna była zła. Poszła na
wzgórze, by odszukać Kajlai smoka. Odnalazła ich w zaroślach na górze.
Pomogła opatrzyć smoka i wysłuchała opowieści Kajla, który
relacjonował przebieg walki. Zuzanna opowiedziała mu również
o nieśmiertelności Artura i o zemście, którą dla niego przygotowała.
Po powrocie do zamku podała Arturowi eliksir usypiający. Książę od
razu zasnął. Zuzanna otworzyła drzwi tarasowe i wpuściła Kajla, by
zabił przeciwnika. Jego ręka trzęsła się ze strachu na myśl o tym, czego
musi dokonać. Na chwilę przed zdarzeniem popatrzył na twarz
Zuzanny, która już nie chciała śmierci księcia i cicho powiedziała:
– Nie zabijaj go, ucieknijmy. On przecież był dla mnie taki
dobry, daruj mu życie. Wiem, że w turnieju wygrał oszukując,
ale ty też byś nie chciał tracić swojej miłości.

– Może masz rację, ale nie zapominaj o tym, że on oszpecił moją
twarz, która nigdy nie wróci do normalności.
– Nie zapomniałam, nigdy tego nie zapomnę, ale weźmy dwa
smoki i ucieknijmy, jak najdalej stąd.
Nagle Artur się obudził, eliksir przestał działać. Zuzanna nie wiedziała,
co ma zrobić i co powiedzieć. Na szczęście Kajl zareagował jako
pierwszy
i wyzwał Artura do walki o Zuzię. Książę przyjął wyzwanie. Umowa
była taka, że nie można stosować magii. Spotykają się jutro z samego
rana na wzgórzu niedaleko Jeziora Różanego. Zgodnie z umową całą
trójka pojawiła się o umówionej porze. Oboje walczyli dzielnie i mężnie,
ale przecież Artur był nieśmiertelny. Wygrywał starcie. Miał właśnie
zadać ostateczny cios, kiedy usłyszał znany mu głos Zuzanny, która
mówiła, żeby go nie zabijał. Ten jednak nie słuchał dziewczyny, która
stanęła naprzeciw Artura, mówiąc ponownie:
– Nie zabijaj go, oszczędź, zabij mnie! Daruj mu życie.
Artur popatrzył na zapłakaną twarz księżniczki, która nie wiedziała, co
ma dalej czynić, żeby oszczędzić życie swojego ukochanego Kajla.
Chciała rzucić się z urwiska. Stała przed Arturem i mówiła:
– Kocham was obu tak samo, jednego za odwagę, drugiego za dobre
serce, ale nie podzielicie się mną i nie możecie w nieskończoność
o mnie walczyć. Lepiej będzie dla was wszystkich jak odejdę.
Nie patrząc za siebie skoczyła z urwiska zabijając się na
miejscu. Obaj rycerze nie zdążyli jej zatrzymać. Odnaleźli zwłoki. Obok

leżał magiczny kamień, który jeszcze przez chwilę świecił na czerwono
(miłość) i w końcu wygasł.
Wieść o samobójstwie Zuzanny rozeszła się bardzo szybko.
Żałoba ogarnęła całe królestwo. Na jej pogrzeb przyszło wielu ludzi,
którzy obsypywali jej grób płatkami róż, które Zuzanna tak uwielbiała.
Na jej pogrzebie byli również Artur i Kajl, którzy opłakiwali stratę
księżniczki.
Z tej całej historii Artur i Kajl w końcu zrozumieli, że nie ma
sensu już walczyć i być wrogami, a trzeba się pogodzić choćby dla
zmarłej Zuzanny.
Autorka prozy: Anna Skwierawska
wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

Pracę plastyczną wykonała; Emilia Obniska

MIŁOŚĆ JAK PŁATEK RÓŻY (fragment prozy)
Moja opowieść, którą piszę, jest tak fantastyczna, że aż
nieprawdopodobna.
Żył sobie książę o imieniu Artur. Był wysoki, męski i nieśmiertelny, lecz
miał jeden słaby punkt, a było to miejsce za prawym uchem. O tej
słabości nie wiedział nikt, tylko on sam. Przyrzekł on sobie, że zdradzi
ten sekret tylko tej osobie, której będzie ufał i kochał nad życie. Miał on
ukochaną
o imieniu Zuzanna, która miała wielu wielbicieli. Z jednym miała się
zaręczyć, ale dzielny Artur pokonał go w walce o jej rękę i swojemu
przeciwnikowi zrobił szramę na policzku. Darował mu życie na prośbę
księżniczki. Ona jednak nie chciała wyjść za niego za mąż. Wymyśliła
jedno trudne zadanie dla swojego „amoranta”. Miał odnaleźć jej anioła
stróża w krainie dobra. Podjął się tego zadania i odnalazł go. Podarował
jej również magiczny kamień, który wyrażał uczucia właściciela. Przez
podarunek zdobył przyjaźń księżniczki, lecz ona nie zapomniała
o swoim pierwszym ukochanym. Zuzanna na cześć swojego byłego
narzeczonego
i w dzień walki o jej rękę, ustanowiła coroczny turniej rycerski. Właśnie
zbliżał się jego obchód i wszyscy mieszkańcy przygotowywali arenę.
W tegorocznym turnieju konkurencją było ujeżdżanie smoków.
Zuzanna pamiętała, że jej ukochany Kajl uwielbiał to zajęcie.
Księżniczka wiedziała, że wieść o turnieju dotrze do najdalszych
zakątków królestwa Leeno. Liczyła, że Kajl pojawi się na turnieju
i

wystartuje,

nie ujawniając twarzy. Zgodnie z planem Zuzanny,

pojawił się wcześniej. Spotkali się nad jeziorem różanym i umówili, że
w czasie turnieju ukochany znowu będzie walczyć o jej rękę, a jeśli mu

się nie uda, to razem uciekną z królestwa. Po powrocie Zuzia wiele
myślała o tym, że znowu będą razem, ale jednak cały czas wydawało jej
się, że o czymś zapomniała powiedzieć. Po zaśnięciu przypomniała
sobie, że nie powiedziała Kajlowi o zadaniu. „Artur jest nieśmiertelny.
Powiedział mi to, kiedy ofiarował mi magiczny kamień”.
Nazajutrz rozpoczęły się zawody. Do wieczora dotrwali tylko Kajl
i Artur. Książę nie chciał tracić Zuzanny, nie po tym, co jej wyznał.
Zaatakował więc smoka Kajla, który nie poddawał się i walczył dalej.
Niestety atak Artura był skuteczny. Mógł triumfować. Udało mu się
pokonać mistrza w ujeżdżaniu smoków – Kajla. Zuzanna, z chustą
w ręku, gratulowała zwycięzcy turnieju – Arturowi.
Nie była zadowolona z przebiegu walki. Kamień, który podarował jej
książę, zaczął świecić na czerwono, bo Zuzanna była zła. Poszła na
wzgórze, by odszukać Kajlai smoka. Odnalazła ich w zaroślach na górze.
Pomogła opatrzyć smoka i wysłuchała opowieści Kajla, który
relacjonował przebieg walki. Zuzanna opowiedziała mu również
o nieśmiertelności Artura i o zemście, którą dla niego przygotowała.
Po powrocie do zamku podała Arturowi eliksir usypiający. Książę od
razu zasnął. Zuzanna otworzyła drzwi tarasowe i wpuściła Kajla, by
zabił przeciwnika. Jego ręka trzęsła się ze strachu na myśl o tym, czego
musi dokonać. Na chwilę przed zdarzeniem popatrzył na twarz
Zuzanny, która już nie chciała śmierci księcia i cicho powiedziała:
– Nie zabijaj go, ucieknijmy. On przecież był dla mnie taki
dobry, daruj mu życie. Wiem, że w turnieju wygrał oszukując,
ale ty też byś nie chciał tracić swojej miłości.

– Może masz rację, ale nie zapominaj o tym, że on oszpecił moją
twarz, która nigdy nie wróci do normalności.
– Nie zapomniałam, nigdy tego nie zapomnę, ale weźmy dwa
smoki i ucieknijmy, jak najdalej stąd.
Nagle Artur się obudził, eliksir przestał działać. Zuzanna nie wiedziała,
co ma zrobić i co powiedzieć. Na szczęście Kajl zareagował jako
pierwszy
i wyzwał Artura do walki o Zuzię. Książę przyjął wyzwanie. Umowa
była taka, że nie można stosować magii. Spotykają się jutro z samego
rana na wzgórzu niedaleko Jeziora Różanego. Zgodnie z umową całą
trójka pojawiła się o umówionej porze. Oboje walczyli dzielnie i mężnie,
ale przecież Artur był nieśmiertelny. Wygrywał starcie. Miał właśnie
zadać ostateczny cios, kiedy usłyszał znany mu głos Zuzanny, która
mówiła, żeby go nie zabijał. Ten jednak nie słuchał dziewczyny, która
stanęła naprzeciw Artura, mówiąc ponownie:
– Nie zabijaj go, oszczędź, zabij mnie! Daruj mu życie.
Artur popatrzył na zapłakaną twarz księżniczki, która nie wiedziała, co
ma dalej czynić, żeby oszczędzić życie swojego ukochanego Kajla.
Chciała rzucić się z urwiska. Stała przed Arturem i mówiła:
– Kocham was obu tak samo, jednego za odwagę, drugiego za dobre
serce, ale nie podzielicie się mną i nie możecie w nieskończoność
o mnie walczyć. Lepiej będzie dla was wszystkich jak odejdę.
Nie patrząc za siebie skoczyła z urwiska zabijając się na
miejscu. Obaj rycerze nie zdążyli jej zatrzymać. Odnaleźli zwłoki. Obok

leżał magiczny kamień, który jeszcze przez chwilę świecił na czerwono
(miłość) i w końcu wygasł.
Wieść o samobójstwie Zuzanny rozeszła się bardzo szybko.
Żałoba ogarnęła całe królestwo. Na jej pogrzeb przyszło wielu ludzi,
którzy obsypywali jej grób płatkami róż, które Zuzanna tak uwielbiała.
Na jej pogrzebie byli również Artur i Kajl, którzy opłakiwali stratę
księżniczki.
Z tej całej historii Artur i Kajl w końcu zrozumieli, że nie ma
sensu już walczyć i być wrogami, a trzeba się pogodzić choćby dla
zmarłej Zuzanny.

Autorka prozy: Anna Skwierawska
wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

ROK 2012
MARZENIE
Dzisiaj marzę cały dzień,
Czy dostanę kiedyś konia?
Może kota, może słonia?
Może będę kiedyś sławna?
Albo będę tak jak Chopin ciągle grać na fortepianie?
Lepiej będę cukiernikiem,
piekła ciasta i ciasteczka a przede mną mąki beczka.
A nie lepiej być sprzedawcą w dużym sklepie?
Czy też lepiej podróżnikiem, badać wyspy no i tropikalne kraje.
Sama nie wiem, lecz na razie tylko dzieckiem pozostanę.
SAD
W sadzie rosną drzewa owocowe,
Jabłka, grusze i śliwy.
Przepyszne, pachnące i soczyste.
Złote Renety, Papierówki, Antonówki,
Paryżanka, Węgierka… długo by
wymieniać je wszystkie.
Miło latem leżeć w słońcu na kocyku
W sadzie i delektować się smakiem tych owoców.
Każdy ma wyjątkowy smak, zapach i kolor,
Każdy jest inny i każdy ma smak nie do opisania.

JESIEŃ
W parkach i w lasach opadły już liście,
to znak, że jesień idzie zamaszyście!
Jak nie kochać tej pięknej pory roku?
Wszędzie suche liście, kasztany i żołędzie,
Zaraz na parapecie piękna wystawa będzie!
Ludziki z kasztanów, barwny dywan z liści,
Żołędziowe konie pędzą na drugi koniec…
Pod małą stertą liści jeżyk sobie śpi.
Takie są uroki tej pięknej jesieni!

Autorka wierszy: Weronika Dąbkowska
wyróżnienie w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

PRZYSZŁOŚĆ
Właśnie stoisz w parku.
Wiesz gdzie, tam, przy fontannie, koło alejki różanej.
Więc tam, tak tutaj, tylko przesuń się trochę w prawo,
Być może za dziesięć lat stanie fabryka
lub nowy plac zabaw.
Może urośnie drzewo, albo dziecko nauczy się chodzić?
O, albo jeszcze inaczej…
Usiądą tam dwie wariatki, takie jak my, i napiszą o przeszłości…

ŚNIEŻKA
Przypomnij sobie bajkę twojego dzieciństwa.
Czy to jest Śnieżka czy Czerwony Kapturek…nieważne.
Wspomnień wir…aż kręci się w głowie!
Na myśl od razu przychodzi tata-żołnierz zawodowy
I mama w fartuszku, niby gosposia domowa, a taka ważna osoba…
Kładziesz się w łóżku, a oni, powoli, opowiadają tę bajkę.
Tę, z twego dzieciństwa…
ŚWIĘTA
Też czujesz ten zapach pierników?
Tak pachną święta.
Widzisz te lampki?
Tak wyglądają święta.
Jak smakują święta?
Tak jak barszcz z uszkami.
A jakie w dotyku są święta?
Są puszyste, ciepłe i miękkie.
Słyszysz tę kolędę?
Tak brzmią święta.

Autorka wierszy: Julia Lubiecka
wyróżnienie w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

Pracę plastyczną wykonała: Patrycja Niemanowska

KLĄTWA
Nastolatka zasiadła przy wielkim, starym stole, koło jednego ze swych
braci. Miała bardzo dużą rodzinę. W skład jej rodzeństwa wchodzili
czterej bracia. Najstarszy z nich, dwudziestodwuletni Remi najlepiej
dogadywał się z Ilu. Zawsze jej pomagał, czuła, że on najlepiej ją
rozumie. Potem jeszcze dwudziestoletni Ryan, dziewiętnastoletni Seen
i osiemnastoletni Egber. Ilu była najmłodsza w rodzinie. Nie licząc Suzy,
która zmarła zaraz po urodzeniu. Na uroczyste śniadanie przyszło
także dziewiętnaście ciotek, czternastu kuzynów i kuzynek oraz
siedemnastu wujków. Wszyscy mieszkali w jednym zamku, który był
tak wielki, że rodzina mogła się nie spotykać nawet przez kilka
miesięcy.
Wreszcie nadszedł uroczysty moment. Ojciec, najważniejszy członek
rodu Bakuri, zaczął swą przemowę.
-Witam wszystkich zgromadzonych! Jak wiecie, moja najmłodsza
i jedyna córka Ilu ma już siedemnaście lat. Nasz ród pochodzi z krainy
zwanej Eronią. Wiemy, że Ilu – po erońsku – znaczy „piękna”. Tak, moja
córka jest piękna, dlatego o jej rękę ubiegało się wielu młodych książąt.
Jednak ja oraz moja żona Fera, zdecydowaliśmy, że nasza córka wyjdzie
za estońskiego księcia z rodu Lepota.
Po tych słowach Giu uśmiechnął się ciepło do dziewczyny. Ilu nie mogła
uwierzyć w to, co usłyszała. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, zasnąć
na zawsze. Rodzice dobrze wiedzieli, że nie chce jeszcze wychodzić za
mąż. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie chciała robić scen przy
wszystkich.
Ze łzami w oczach zjadła śniadanie, które tak czy inaczej nie zaspokoiło

jej głodu, bo przecież wampiry piją krew. Po wszystkim prędko uciekła
do pokoju pod pretekstem bólu głowy. Usiadła na swym łóżku i płacząc,
rozmyślała co począć. Po kilku godzinach użalania się nad swym losem
postanowiła, że ucieknie. Miała już w planach udanie się w góry
Essense
i na zawsze pozbycie się klątwy, która spoczywa na jej rodzinie
od wieków. Teraz była doskonała okazja. Nie wierzyła w to, że zaśnie
na zawsze i w to, że taka podróż może być niebezpieczna. Wolała
wyruszać sama. Teraz miała już wszystko obmyślone. Spakowała do
torby najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiła na swoim łóżku kartkę
z pożegnaniami. Narzuciła na ramiona płaszcz, bo dzień był chłodny
i wyszła przed zamek. Nagle zamarła, na plecach i ramionach poczuła
lodowaty dreszcz. Nie czuła czegoś takiego od dawna, a konkretnie
mówiąc, od pewnej listopadowej nocy, kiedy to rzuciła się komuś na
pomoc, a ten ktoś zrobił jej straszną krzywdę. Próbowała zrozumieć, co
się dzieje, ale nie miała pojęcia. Wreszcie postanowiła oddalić się jak
najszybciej z tego miejsca. Po godzinie wędrowało z nią już parę innych
osób. Bliźniacy – Lora i Zendel, którzy potrafili być niewidzialni i byli
przyjaciółmi dziewczyny od dawna. U jej boku kroczył elf Kert, jej
ukochany.

Był

sympatycznym

blondynem

o

ciemnych

oczach

i słomkowej cerze. Całkiem dobrze strzelał z łuku.
Szli już około 5 godzin i byli bardzo zmęczeni. Zaczęło się ściemniać.
Doszli już do Elftenu – miasta elfów. Stamtąd pochodził Kert, więc
przyjęto ich bez niemiłych niespodzianek. Zatrzymali się w małej
karczmie, gdzie powitała ich sennie wyglądająca ruda elfinka.
– Czym mogę służyć?

– Chcielibyśmy się tu zatrzymać, jesteśmy bardzo zmęczeni.
Odwróciła się i sięgnęła po klucz.
– No dobrze. Proszę iść do izby. Do góry schodami i na lewo. Za nocleg
należy się 25 kop.
Ilu sięgnęła do kieszeni swego aksamitnego płaszczyka. Elfinka
uśmiechnęła się nieśmiało i życzyła im miłego wieczoru. Odpowiedzieli
jej tym samym i wbiegli na schody.
– Chwileczkę, proszę zaczekać.
Odwrócili się zdziwieni.
– Czy wy… Czy jesteście jednymi z nich?
Nie odpowiedzieli. O co jej chodziło? Jakich "ich"? Pewnie nasłuchała
się w życiu za dużo strasznych opowieści. Ilu drżącymi rękami
otworzyła drzwi i weszła

do pomieszczenia. Dziwne. Zasłony

z czarnego aksamitu przylegające tak idealnie do okien, że nie miał
szansy dostać się tu nawet najmniejszy promyczek światła. Po co taka
ostrożność w zwyczajnej elfickiej karczmie? Jednak nie miała siły teraz
się nad tym zastanawiać. Powieki ciążyły jej, jakby były z ołowiu.
Przekręciła dwa razy klucz w zamku (ostrożności nigdy nie za wiele)
i tak jak stała w ubraniu, położyła się na łóżku. Tak samo zrobili
pozostali. Gdy się obudziła, była już noc. Zerknęła na zegarek dochodziła północ. Przeciągnęła się leniwie i postanowiła porozmawiać
z recepcjonistką. Niech jej wyjaśni, co miało oznaczać dziwne pytanie.
Zarzuciła na ramiona płaszczyk i udała się na dół. Jednak nie było tam

nikogo. Wyszła z budynku. Na niebie błyszczały pięknie gwiazdy, noc
była bezchmurna. Po chwili wróciła do motelu, a recepcjonistki nadal
nie było. Pomyślała, że to trochę dziwne.
– Przepraszam, jest pani gdzieś w pobliżu? – krzyknęła mając nadzieję,
że elfinka parzy sobie ziółka lub jest w kuchni. Nie usłyszała
odpowiedzi.
Wbiegła po schodach na piętro i już wkładała klucz do zamka, gdy
kątem oka dostrzegła jakiś ruch na końcu korytarza. Błyskawicznie się
obróciła. Kilka metrów

od niej stała mała, potwornie brzydka

dziewczynka. Nie miała nawet włosów. Poczuła ulgę, że jednak hotel
nie jest zupełnie opustoszały. Co tu robisz? Jak masz na imię? – zapytała
najłagodniej, jak umiała. Nie miała dużej wprawy w rozmowach
z dziećmi, nie chciała wystraszyć małej. Dziecko nie odzywało się, więc
podeszła parę kroków w jej stronę. Takie brzydactwo o niezdrowej,
ziemistej cerze może niedosłyszeć. Już miała powtórzyć pytanie, gdy
mała wykonała dziwny podskok i rzuciła się w jej kierunku. Zanim
zdążyła zareagować, już siedziała na niej okrakiem, a jej drobne rączki
sięgały w stronę gardła Ilu. Chociaż dziecko nie było zwyczajne, jednak
było to dziecko. Nie chciała jej skrzywdzić, więc tylko starała się
osłaniać przed jej ciosami. Jednak dziewczynka była silna, bardzo silna,
a jej małe, szare rączki zaciskały się coraz bardziej na jej gardle. Ilu
musiała coś z tym zrobić. Szarpnęła się gwałtownie i dziewczynka
poleciała w stronę schodów. Usłyszała, że jej kruche ciałko stacza się
w dół. Ilu zrobiło się głupio – w końcu to było tylko dziecko. A jeśli
zginęła? Podbiegła do schodów i spojrzała w dół. Nie było tam nikogo.
Wróciła do pokoju i doprowadziła się do porządku, tak cicho jak tylko
się dało, aby nie obudzić pozostałych. Nagle usłyszała szelest.

Błyskawicznie spojrzała w tamta stronę – aksamitna zasłona lekko się
poruszyła. Wyobraziła sobie stojące nieruchomo za zasłoną dziwne
dziecko i automatycznie sięgnęła po leżący na łóżku łuk. Tym razem
nie będzie litościwa. Litość litością, ale to dziecko było niebezpieczne.
Cicho podeszła do okna i szybkim ruchem odsunęła zasłonę. Nikogo
tam nie było. Postanowiła, że położy się spać. Następnego dnia Ilu
opowiedziała przyjaciołom zdarzenia ostatniej nocy. Nikt jednak nie
wiedział, kim mogła być dziewczynka. Przyjaciele zeszli do recepcji aby
oddać klucze. Recepcjonistka podziękowała

i wręczyła Ilu kartkę

mówiąc, że mężczyzna w kapturze, z zasłoniętą twarzą kazał
jej to przekazać. Koledzy wyszli przed hotel. Ilu odczytała kartkę.
„Są blisko. Spieszcie się”. Ilu zaczęła się domyślać o co w tym wszystkim
chodzi. Dziewczyna zaczęła wszystko tłumaczyć przyjaciołom:
– Krasa, ród czarnoksiężników, od wieków chce wykraść medalion
Feguro. To oni rzucili klątwę na rodzinę Bakuri. Gdyby mieli w swoich
rękach ten przedmiot, mieliby pewność, że nigdy nie pozbędziemy się
klątwy. Kiedyś cały czas nosiłam medalion na swojej szyi. Matka
mówiła, że u mnie będzie najbezpieczniejszy. Myliła się. Pewnej
listopadowej nocy wyszłam na spacer i zobaczyłam, że ktoś woła
o pomoc. Podbiegłam do wijącej się z bólu postaci. Tajemniczy ktoś
nagle chwycił mój medalion. Wystraszyłam się. Chciałam go ugryźć.
Jednak nie zdążyłam tego zrobić. Okazało się, że był to czarnoksiężnik.
Rzucił na mnie zaklęcie. Od tej pory wszystko, co rozkazałam inni
wykonywali. Nie chciałam, żeby tak się działo.
Teraz ciągle muszę się liczyć ze słowami. Myślę, że ród Krasa
dowiedział się, że medalion jest poza zamkiem. Ścigają nas. Są bardzo

niebezpieczni. Tajemnicze dziecko to pewnie ich szpieg. Musimy się
spieszyć – skończyła Ilu.
Przyjaciele wyruszyli w dalszą wyprawę. Po dwóch godzinach
dotarli do Cambri, miasta krasnoludów. Już mieli bez problemów
opuścić miasto, gdy nagle spostrzegli, że kilka metrów przed nimi stoi
tajemnicza dziewczynka. Nie wiedzieli co mają robić. Nagle dziecko
rzuciło się na Ilu, dusiło ją, a dziewczyna nie mogła się poruszyć nawet
o milimetr. Na szczęście Kert zachował zimną krew i strzelił w dziecko
z łuku. Strzała trafiła w środek pleców. Dziewczynka wydała z siebie
nieludzki okrzyk i zamieniła się w proch. Przyjaciele osłupiali.
Wpatrywali się w zjawisko. Postanowili, że im szybciej stamtąd odejdą
tym lepiej. Teraz musieli iść na wschód, by dotrzeć do Wężowego Jaru.
Po trzech godzinach byli na miejscu. Zaczęło się ściemniać. Rozłożyli
swoje śpiwory i momentalnie zasnęli. Gdy się obudzili, spostrzegli, że
wokół nich są drzewa, a przecież jeszcze wieczorem ich tam nie było.
Nagle rośliny zaczęły się ruszać. Jedno z drzew otworzyło oczy, a potem
rozwarło swą wielką paszczę. Inne zrobiły to samo. Przyjaciele zaczęli
uciekać. Zendel jednak nie zdążył umknąć drzewom. Jedno z nich
chwyciło chłopaka i z całej siły rzuciło nim o ziemię.
– Przestańcie i oddalcie się! – krzyknęła Ilu. Jak powiedziała tak drzewa
zrobiły. Zendel był nieprzytomny. Wszyscy zaczęli rozpaczać.
Na szczęście po kilku minutach chłopak odzyskał świadomość. Mogli
ruszać dalej. Zapadł wieczór. Przyjaciele widzieli już źródło Sennej
Rzeki. Już niedługo klątwa miała zostać zdjęta. W pewnej chwili Ilu
usłyszała, że ktoś się zbliża. Rozkazała być cicho pozostałym. Wszyscy
przypomnieli sobie legendę o Sennej Lily. Lily nie ma oczu na twarzy,
lecz na dłoniach. Kiedy jest się cicho, nic nie widzi, jednak gdy coś

usłyszy, przysuwa dłonie do twarzy i zabija wzrokiem. Okazało się, że
to nie była ona. Ku przyjaciołom zbliżali się czarnoksiężnicy. Gdy
stanęli naprzeciwko siebie przywódca czarnoksiężników rzekł:
– Oddaj medalion dobrowolnie, albo…
– Zostawcie nas w spokoju na zawsze! – krzyknęła Ilu. Rozległ się
szyderczy śmiech.
– Myślałaś, że na nas to zadziała, ty głupia dziewczyno?
Kert zaczął strzelać w stronę wrogów. Jednak czarnoksiężnicy zawrócili
strzały i wszystkie trafiły w serce Ilu. Przyjaciele rzucili się jej na
pomoc. Kert zaczął płakać. Jedna łza kapnęła na policzek Ilu.
Dziewczyna otworzyła oczy.
– Dobra! Dosyć tych miłosnych scen! Oddawaj medalion!
– Nigdy! – odrzekła. Po tych słowach dziewczyna rzekła ”dziękuję”
i wrzuciła medalion Feguro do rzeki. Nagle padła, a złota łza spłynęła
jej po policzku. Kert rzucił się ku niej i pocałował ją czule z nadzieją, że
się obudzi. Nic się jednak nie stało. Ilu zasnęła na zawsze. Klątwa
została zdjęta, a czarnoksiężnicy odjechali rozczarowani, jednak
zapowiedzieli, że jeszcze ich popamiętają.
Od czasu śmierci Ilu, w Floto panowała żałoba. Ród Bakuri był teraz
nieśmiertelny. Lecz co z tego? Wszyscy zamiast nieśmiertelności
woleliby odzyskać Ilu.
Autorka prozy: Pola Kobryń
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

CZERWONY SZAFIR
Nastał kolejny dzień. Agata wyjrzała przez okno, aby zobaczyć jaka jest
pogoda. Był piękny marcowy poranek. Słońce powoli wspinało się po
niebie. Na gałązkach drzew zaczęły pojawiać się pączki listków. Ptaszki
śpiewając, przeskakiwały z drzewa na drzewo. Nowo wyrośniętą trawę
poruszał rześki wiaterek. Agata ubrała się i wybiegła z pokoju do
kuchni. Czekała tam na nią mama ze śniadaniem. Opowiedziała jej
o swoich planach. Postanowiła wybrać się na długi spacer. Wczesnym
przedpołudniem wyszła z domu i skierowała się w stronę ścieżki
prowadzącej nad morze. Po drodze mijała różne krzewy i drzewa. Gdy
dotarła na plażę, była zdumiona widokiem. Morze miało odcień błękitu.
Gdzieniegdzie woda przybierała zielonkawy kolor. Pływały w niej
zielone wodorosty. Przypominały one ruchomą wysepkę. Pod
wpływem porywistego wiatru, wysokie fale przelewały się jedna po
drugiej. Gdy obijały się o brzeg, pieniły się i przynosiły ze sobą
bursztyny i muszle. Nagle zobaczyła przed sobą dziwną istotę. Była to
kobieta, cała pokryta błękitno-fioletowymi łuskami. Miała uszy, które
przypominały uszy elfa. Jej kasztanowo – zielone włosy spadały na
zgrabne ramiona. Stwór skierował się w jej stronę. Gdy podszedł bliżej,
dziewczyna mogła przyjrzeć się twarzy owej istoty. Miała ona sine usta.
Jej oczy przypominały dwa węgle. Nos był mały i okrągły. Nie miała
brwi i rzęs. Jej twarz pokryta była łuskami. Agata nie bała się tej istoty.
Z jej twarzy można było wyczytać rozpacz, żal i smutek.
– Dlaczego jesteś taka smutna? Czy coś ci się stało?- zapytała Agata.
Istota popatrzyła na dziewczynkę i uśmiechnęła się.

– Nie jestem człowiekiem, ale nie muszę ci tego mówić, ponieważ
zdążyłaś się już o tym przekonać. Ale bardzo chciałabym być nim… powiedziała dziewczyna. – Ojciec mój jest Panem Mórz i Oceanów.
A zwę się Raya.
W tej chwili Agacie przyszło do głowy, że jest to ta sama nimfa, o której
opowiadała jej matka.
– Dlatego proszę cię, abyś mi pomogła.
– Powiedz mi tylko, co mam zrobić? – powiedziała dziewczynka.
– Twoje zadanie nie będzie należeć do łatwych. A będzie ono polegać
na odnalezieniu czerwonego szafiru, który pomoże mi stać się
człowiekiem. Strzeże go straszliwy smok. Ukrył się on w pobliskim
lesie. Musisz go odnaleźć i zabrać mu szafir.
Po tych słowach nimfa zanurzyła się w wodach Bałtyku. Przez
chwilę Agata stała nieruchomo. Nie wiedziała, co myśleć. Postanowiła
jednak pomoc tej istocie. Las, o którym opowiadała Raya, był oddalony
od plaży o kilka kilometrów. Agata skierowała się w jego stronę. Szła
powoli. Rozmyślała nad tym, co ją spotkało. Nie wiedziała w jaki sposób
mogłaby odebrać smokowi szafir. W głębi duszy, nie wierzyła w swoje
siły. Mijała piaszczyste wydmy, wysokie drzewa i niskie krzewy. Czuła
tajemniczą siłę, która prowadziła ją w nieznane. Miała ochotę usiąść na
trawie
i odpocząć, lecz nie mogła sobie na to pozwolić. W pewnej chwili
usłyszała tajemniczy szept. Zorientowała się, że ten głos słyszała we
śnie.

– Nie bój się mnie, jestem tu, aby ci pomóc. Nie rozglądaj się i tak mnie
nie zobaczysz. Powiem ci tylko, że idziesz w dobrym kierunku.
Szła dalej. Po chwili zauważyła, że otaczają ją same drzewa
liściaste. Nagle szlak się urwał. Długo zastanawiała się, w którą stronę
powinna pójść. Serce podpowiadało jej, żeby udać się w lewą stronę.
I tak też zrobiła. Po pewnym czasie dotarła na dziwną polanę. Skrywała
ona
w sobie pewną tajemniczość. Pokryta była spaloną trawą i poza tym
żadna roślinność tam nie rosła. Było to nietypowe miejsce. Agata
poczuła się niepewnie. Przeczuwała, że za chwilę stanie się coś, co
będzie decydowało o jej dalszym losie. Jej przypuszczenia się
sprawdziły. Kątem oka dostrzegła
bardzo wysoki.

olbrzymiego potwora. Był on

Jego skóra była popielata, a ogon zakończony był

ostrym szpikulcem. Agata wiedziała już, że jej wędrówka dobiegła
końca. Spojrzała w mroczne ślepia smoka, w których odbijało się zło
całego świata. Bestia była gotowa do walki. Dziewczynę opuściła
odwaga. Bała się wykonać jakikolwiek ruch. Wiedziała jednak, że gdy
będzie stać bezczynnie nie uratuje przyjaciółki. Smok podniósł się
i wolnym krokiem zbliżał się w jej kierunku. Agata zauważyła, że na
skraju polany leży srebrny miecz. Wiedziała, że musi go zdobyć. Była to
jej jedyna szansa na to, aby pokonać bestię. Pobiegła prosto w jego
stronę. Udało jej się pochwycić miecz. Rękojeść miała odcień morskiej
zieleni. Na niej wyrzeźbione na złoto były ornamenty. Odwróciła się
bardzo wolno. Smok stał tuż za nią. Nie miała wyboru, ścisnęła miecz
w dłoniach i wycelowała w smoka. W tym momencie usłyszała szept:
– Celuj w oczy, to jego najsłabszy punkt…

Agata z całej siły pchnęła mieczem w kierunku bestii. Udało jej
się trafić smoka prosto w oczy. Z rany wypłynęła paląca się krew. Po
chwili całe jego ciało zamieniło się w kupkę popiołu. Agata długo
przyglądała się temu zjawisku. Nie wierzyła w to, że udało jej się
pokonać smoka.
kupkę

W popiele dostrzegła coś jaskrawego. Rozgarnęła

i chwyciła w dłonie

mieniący się czerwony szafir

o nieregularnych kształtach. Agata ostrożnie schowała kamień do
kieszeni i pomaszerowała ku morzu. Zastała tam Rayę.
Przywitały się ze sobą. Po długiej rozmowie na temat tego, co zaszło
na polanie, Agata wręczyła nimfie szafir. Dziewczyna patrzała na niego
ze szczęściem i utęsknieniem. Następnie wzięła go w swoje ręce i długo
stała w bezruchu. Po pewnym czasie Agata zauważyła, że Raya
wypowiada jakieś dziwne i niezrozumiałe słowa. Po tym zanurzyła się
wraz z szafirem w wodzie. Długo się nie pojawiała. Agacie przychodziły
do głowy najróżniejsze myśli. W pewnej chwili jej oczom ukazała się
przepiękna postać. Miała długie opadające na ramiona włosy, błękitne
oczy i ciemną karnację. Była to Raya.
– Dziękuję ci za to, że pomogłaś mi stać się człowiekiem. Jestem bardzo
szczęśliwa. Ale nie wiem, gdzie mogłabym zamieszkać. Nikt mnie
przecież nie zna.
Agata pomyślała przez chwilę i rzekła:
– Wiem, gdzie mogłabyś zamieszkać. Niedaleko mojego domu mieszka
rodzina, która nie ma dzieci. Zobaczymy czy mogłabyś zostać z nimi.
Tak też się stało. Raya zamieszkała razem z małżeństwem.
Traktowali ją jak swoją własną córkę i opiekowali się nią. Chodziła do

szkoły, pomagała swoim opiekunom w gospodarstwie i spędzała
mnóstwo czasu z Agatą. Dziewczynki stały się sobie bardzo bliskie
i codziennie wieczorem wybierały się na spacer nad morze. Tam Raya
wspominała czasy, które na zawsze minęły…
Autorka prozy: Aleksandra Miś
III miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

DZIENNIKI MARZEŃ
Dzień, który miał zdecydować o moim życiu, był pochmurny i zimny.
No, może nie mógł zdecydować o całym, ale o znacznej jego części.
Mama mówi, żebym się nie oszukiwał, że jeśli badania potwierdzą jej
hipotezy, nic już nie będzie takie, jakie było. Jej zwykle wesoła, pociągła
twarz, mimo że naznaczona upływem czasu, staje się wtedy szara
i kamienna. Zielone oczy patrzą na świat niewyraźnie, zasnute łzami.
Zdaje się, że próbuje na zapas przyswoić sobie wynik.
Końcem brązowego trampka kopnąłem leżący nieopodal kamień.
Warszawa, zwykle tak tłoczna, śpiesząca się w każdym powiewie
wiatru, tchnieniu kierowców i zmęczeniu przechodniów, teraz powoli
zastyga w bezruchu. Szary świat staje się jeszcze bardziej szary.
To już tutaj. Widzę wyraźnie duży, bryłowaty budynek w odcieniu
ochry,

którego

zielony

szyld

daje

mi

po

oczach.

Poradnia

Antyretrowirusowa, którą ostatni raz widziałem blisko dwa tygodnie
temu.

Koledzy w szkole co chwila poklepywali mnie po ramieniu. „Ale masz
farta”, „stary, jak ty to zrobiłeś?”, czy „ ty to masz szczęście” to nieliczne
z ich odzywek. Zazdrościli mi z powodu jednej nieobecności w szkole,
akurat w dniu, kiedy czeka ich praca klasowa z fizyki i jeszcze z tysiąc
kartkówek, powtórzeń i odpytywań. Oczywiście, nie wiedzą, jaki jest
powód mojej nieobecności. Nie powiedziałem jeszcze nikomu, bo i po
co? Jak się okaże, że nie mam tej choroby, to i tak będą mnie unikać,
a jak się okaże, że tak, że jestem chory na HIV, to będzie jeszcze gorzej.
W mojej szkole nie ma tolerancji dla innych: słabszych, lepszych,
mądrzejszych. U nas, jeśli chcesz być lubiany, nie możesz się wyróżniać.
I nikt o tym nie może wiedzieć.
Z duszą na ramieniu zamknąłem oczy i pchnąłem drzwi. W nozdrza
uderzył mnie zapach sterylnej czystości. Otworzyłem oczy, po czym
zalała mnie fala światła białych jarzeniówek.
Na środku przestronnego pomieszczenia pomalowanego na zielono,
planem przypominającego równoległobok, znajdowała się lada
zastawiona komputerami i kubkami z długopisami. Przy ladzie
znajdowały się tylko dwa krzesła. Dalej stały i patrzyły ciężkie
metalowe gabloty. Przy ścianach ustawiono trzy ławki. W sumie były
tutaj trzy osoby- ja i…
– Słucham?- dobiegł mnie czyjś głos – Pan do kogo?
Spojrzałem na moją rozmówczynię. Wysoka blondynka ubrana w biały
kitel,

przesadnie

wysmarowana

makijażem,

świdrująca

niebieskimi oczyma schowanymi za szkłami kontaktowymi.

mnie

– Moje nazwisko Szneider. Alan Szneider. Byłem umówiony do doktora
Ramzesowskiego na jedenastą. Chodzi o wyniki testu na obecność…zacząłem mówić, speszony moją śmiałością i obecnością Pani dr Model,
jak ją w myślach nazwałem.
– Tak, wiem. Doktor Ramzesowski właśnie przyjmuje pacjenta –
zmarszczyła czoło. – Usiądź.
Pani Dr Model patrzyła na mnie z góry. Może nie prezentuję się za
specjalnie. Ot, niewysoki chłopak, z burzą ciemnych włosów, zielonymi
oczyma. Ubiór nie dodawał mi powagi. Mama kazała mi nałożyć białą,
apelową koszulę, gryzący, bordowy sweterek i musztardowe spodnie
po ojcu. Mówiła: „Nie przyjmą cię ubranego w dres, tym bardziej, że nie
będzie dorosłego”. Pozostawało mi wstydzić się za mój wygląd i moją
twarz, pewnie rozdziawioną w zdumieniu.
Oprócz mnie i Pani Dr Model w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze
jedna osoba, dziewczyna. Siedziała sama na skrawku jednej z ław,
skubiąc nerwowo róg czytanego magazynu. Kasztanowe kręcone włosy
spływały falami, zasłaniając jej twarz. Ubrana była w zwykłe dżinsy
i ciepłą, elegancką czarną kurtkę z postawionym kołnierzem.
Na drobnych stopach miała czerwone adidasy. Dziwne, chyba je gdzieś
widziałem.
Przysiadam się na drugi skraj ławki, chociaż do wyboru mam parę
innych. Sięgam po jeden z magazynów piętrzących się na szafce
i próbuję skupić się na tekście. Jednak nie udaje mi się to. Moją uwagę
przyciąga zachowanie obcej dziewczyny, ale jakby trochę znajomej.
Mam wrażenie, że jeśli wyprostowałaby się, widząc jej twarz,
poznałbym ją. Ale póki co, minuty mijają, a ona dalej siedziała

pochylona. Po chwili zauważyłem, że ciągle czyta ten sam artykuł
„Mamo, jestem chora na AIDS” i nawet nie przewraca stron.
Kiedy w gazetach skończyły się ciekawe artykuły, a moja niepewność
sięgnęła apogeum, Pani Dr Model zostawiła nas na chwilę samych
i znikła w drzwiach jednego z gabinetów.
– AIDS? HIV? – nieśmiało zagaduję, miętosząc w dłoni telefon. Zaraz
minie jedenasta trzydzieści, a ja wciąż jestem drugi w kolejce.
Dziewczyna nie odpowiada. Może zasnęła? Kiedy wstaję, żeby uważnie
się jej przyjrzeć, nagle mówi:
– Ania.
Teraz widzę jej twarz. Blada, drobne, drżące usta, prosty nos i oczy.
Wielkie, błyszczące orzechowe. Spod długich rzęs patrzy na mnie
uważnie.
– A ty?- cicho pyta.
– Alan – odpowiadam. Patrzę teraz w gazetę. Wyciągam ołówek
i nieświadomie zaczynam coś kreślić na pustej stronie. Mija kolejne
dwadzieścia minut milczenia.
– A…- nagle zaczyna mówić Ania.
Wtedy drzwi gabinetu dr. Ramzesowskiego otwierają się i wychodzi
z nich niewysoki mężczyzna. Ania wstaje, podnosi plecak i wchodzi do
gabinetu.

***
– Wynik na obecność wirusa negatywny.
Takim stwierdzeniem częstuje mnie na początek niewysoki

otyły

mężczyzna, odziany w biały fartuch.
– Nie wymaga pan podania leków. Może pan iść do domu – podaje mi
białą kopertę – Ale na następny raz radzę uważać, co się pije na
imprezach.
I jakaś profilaktyka nas obowiązuje.
Tyle? Tak po prostu? Czemu wizyta Ani trwała pół godziny, a moja
niespełna minutę? Przed oczami staje mi obraz Ani: wybiega z gabinetu,
ukrywając twarz w dłoniach. Zaczynałem wtedy coś mówić, ale ona nie
zwróciła na mnie uwagi. Po prostu wyszła z budynku.
– Aha… To dobrze – miotały mną mieszane uczucia. Ale teraz chciałem
tylko jednego – A ta dziewczyna… przede mną. Co z nią?
Doktor Ramzesowski przyjrzał mi się uważnie.
Nie mogę powiedzieć. A teraz zmykaj.
***
– Siódme też zrób, bo Nowak się lubi przyczepiać do zadań domowych.
A z geografii babeczka zadała nam cały rozdział ćwiczeń…
Nie słuchałem Adriana. Patrzyłem tylko, co zakreśla w kółko i ja
robiłem to samo. Właśnie trwały zajęcia świetlicowe i siedzieliśmy na

strychu Młodzieżowego Domu Kultury, odrabiając prace domowe na
wtorek.
– Czy ty w ogóle słuchasz co do ciebie mówię? – Adrian spojrzał na mnie
z wyrzutem – Wiesz, że mógłbym teraz siedzieć przed komputerem
i pisać z Kamilką, ale że dobry ze mnie kumpel, to poświęcam się dla
ciebie
i siedzę tutaj.
– Przepraszam – spojrzałem na niego już całkiem przytomny – Po prostu
po głowie chodzi mi taka jedna… Ania – wykrztusiłem z siebie. Nie
wiedziałem, że mogę zdobyć się na takie zwierzenia.
-Taa.. Wiem, jak to jest – Adrian rozciągnął się na krześle. W tych
sprawach jest znawcą. To on ma blond włosy, niebieskie oczy
i umięśnioną klatę. No i chodzi z Kamilą, niezłą laską. – Najpierw
przykuwają twoją uwagę, potem zaczepiają i się śmieją… A na końcu
mówią, że jednak nie jesteś tym, kim byłeś na początku. „O, a tak
„wy-gy-ly”- Adrian zaczął nabijać się z dziewczyn, papugując ich ton
mówienia
i ulubione powiedzonko- „wy-gy-ly”, którego używają zamiast
„ w ogóle”- „… ty mi się nie podobasz”- dokończył.
W tym momencie zaobserwowałem ruch na sali. Jakaś niewysoka
dziewczyna właśnie zasuwała krzesło. Robiła to tak niezdarnie, że
mimowolnie parsknąłem. W tym momencie obejrzała się na mnie
i zamarła. Zamarłem też ja. Burza kasztanowych włosów, orzechowe
oczy, czerwone adidasy… Przecież to Ania.
Dziewczyna zbladła i wybiegła z sali. Ja też, nie wiedząc co robię.
wstałem, porwałem kurtkę i zacząłem ją gonić.

– Alan… Stary – Adrian zaczął mówić, pakując nasze zeszyty – Jak
będziesz je chciał, zadzwoń.
Ale ja już go nie słuchałem. Pędziłem na złamanie karku po schodach
w dół, a potem na ulicę. Rozejrzałem się i wtedy ją zauważyłem.
Siedziała na murku w parku, tak samotna, jak jeszcze nigdy. W tamtym
momencie zrozumiałem, że ją znam od wielu lat. Ania, którą spotkałem
w klinice, jest tą Anią, która wyczytywana jest na apelach i różnych
konkursach w naszej szkole. Anią, która ma wielu przyjaciół, wielkie
plany, marzenia i ambicje.
Przekroczyłem ulicę i dobiegłem do niej. Ona płakała w najlepsze, nie
zwracając na mnie uwagi. Ostrożnie usiadłem metr dalej na tym samym
murku. Kiedy jej płacz przeszedł w cichutkie chlipanie, delikatnie
chwyciłem ją za rękę. Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona, a w jej
oczach kryło się oburzenie, lecz mimo to nie wyrwała ręki. Spuściła
wzrok.
– Czyli już wiesz?- wyszeptała.
Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią. Kiedy zdecydowałem się
wreszcie, spojrzałem jej czule w oczy i wyszeptałem:
-Tak. Tego się obawiałem.
Nigdy nie przeczuwałem, że los spłata mi taką niespodziankę, kiedy
wkroczyłem w najgorszy okres mojego życia. Od czasu pechowej
imprezy u Adriana, rozmowy z Kasią i zamknięciu się z nią w sypialni
rodziców, zaczęły się dziać same złe rzeczy. Pogorszyły się moje
stosunki z mamą i wyniki w nauce. Nie wierzyłem, że spotka mnie coś

tak cudownego jak przyjaźń, a nawet coś więcej. Przyjaźń z osobą,
która przeżyła to samo co ty, czuła się tak samo i płakała tak samo.
– Jak się zaraziłeś?- spytała Ania pewnego słonecznego popołudnia
w parku.

Wypady do parku stały się naszą środową i piątkową

tradycją.
– To była impreza. Wiesz, alkohol, dziewczyny i durne zabawy odparłem zmieszany. Wstydziłem się tego, jak głupi byłem miesiąc
temu. – Była tam taka jedna Kasia. Koledzy podpuścili mnie, że za nic
nie poszedłbym do sypialni i… wiesz – zaczerwieniłem się – kochać się.
I wtedy postanowiłem, że udowodnię im to i zrobię – zrobiłem krótką
przerwę. Teraz przede mną najgorsza część. -Tydzień później
zapłakana

Kasia

dopadła

mnie

po

szkole

i

oznajmiła,

że

prawdopodobnie jest nosicielką HIV. Moja mama oszalała i kazała
zrobić mi badanie krwi. Przez te dwa tygodnie miała minę, jakbym już
miał umierać.
Odetchnąłem. Chwyciłem rękę Ani i wbiegliśmy na małą muszlę
koncertową. Wtedy zdobyłem się na odwagę.
– A ty?- zapytałem. Przez chwilę nie odpowiadała. Usiadła na krawędzi
sceny i palcem wodziła po dżinsach. Stała się smutna. Już myślałem, że
nie odpowie, kiedy cicho zaczęła mówić.
– Miałam wtedy trzynaście lat. Razem z najlepszą przyjaciółką i moimi
rodzicami postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę za miasto.
Wszystko było okej – podróż minęła nam spokojnie i właśnie
wjeżdżaliśmy na parking pensjonatu. Jaka ja byłam głupia – przerwała. Gdybym wtedy spokojnie siedziała, nie byłoby całej sprawy. Ale ja
musiałam otworzyć drzwi, kiedy wjeżdżaliśmy i wyskoczyć wprost pod

koła pędzącego samochodu. Zemdlałam. Rodzice wezwali pogotowie
i pół godziny później leżałam w karetce, z połamanymi żebrami, nogą,
stłuczonymi rękami i wstrząsem mózgu. Pilnie potrzebowałam krwi.
I przez to teraz cierpię. Wszystkie zabiegi udały się i miesiąc później
wyszłam ze szpitala.
Przez chwilę trawiłem natłok informacji.
– Kiedy miałam piętnaście lat doszła do nas informacja, że
prawdopodobnie krew, którą mi podano, była zakażona HIV-em.
Zaczęły się badania. Przeszłam około pięć testów na obecność tego
wirusa. Za każdym razem wykrywano to samo. Dlatego, kiedy po raz
szósty w tamtej klinice test potwierdził hipotezy, załamałam się.
– Ja nie mogę…- powiedziałem oburzony. Przez jakiegoś nieuważnego
faceta Ania jest chora. Zacisnąłem pięści.
– Mniejsza o to – przerwała mi. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Moje plany, marzenia… Wiesz, ile stracę? Ile mnie ominie? – prawie
zaczęła krzyczeć. – Najgorsze jest to, że nie wiem, kiedy umrę. Że muszę
wstawać każdego dnia i uważać na wszystko i wszystkich. A może nie
powinnam? Dlaczego mam cierpieć?
Skończyła mówić. Między nami zapanowała cisza. Przyciągnąłem ją do
siebie.
– Ale wiesz, co się liczy? Ty. Cieszę się, że ty jesteś zdrowy- wyszeptała
mi w ucho. – I liczy się też, że cię kocham.
Mroźny grudniowy poniedziałek. Minął miesiąc od naszego poznania
się. Biegłem ulicami, aby zdążyć na czas na spotkanie, o którym Ania

poinformowała mnie w szkole. Nic więcej nie powiedziała. Nie
wiedziałem, czego się spodziewać.
Kiedy skończyłem biec, zauważyłem ją. Była dziwnie spokojna. Musiała
czekać na mnie, bo jej policzki były uroczo zaróżowione. W rękach
ściskała jakiś tajemniczy zeszyt.
– Muszę ci coś powiedzieć – bez przywitania zaczęła. Mimowolnie się
uśmiechnęła i chwyciła mnie za rękę.
– To dla ciebie – podałem jej różę, którą kupiłem przechodząc obok
cmentarza. Musiała wiedzieć, że pamiętałem. – Dzisiaj nasza rocznica…
– Alan – przerwała mi – wyjeżdżam.
-Gdzie? Na ile? – był to dla mnie cios w brzuch. Wiedziałem, że jeśli Ania
mi o tym mówi, to wyjeżdża na dość długo.
– Do Finlandii – powiedziała spokojnie – Mama znalazła w Internecie
informację o badaniach. Będą mi podawać nowe leki i być może… – Ania
przerwała. Wiem, co miała na myśli. Być może jakimś cudem się
wyleczy. W końcu odnotowano wyleczenie jednego pacjenta za pomocą
komórek macierzystych.
Zastygliśmy objęci z zimna. Poczułem, że po zimnym policzku
dziewczyny spływa gorąca łza. Ja też zacząłem płakać. Co z tego, że
„chłopaki nie płaczą”. Teraz liczy się tylko ona.
– To dla ciebie – podała mi tajemniczy zeszyt. Odkryłem, że to tak
naprawdę kilka zeszytów sklejonych starannie taśmą. Pytająco
spojrzałem jej w oczy. – Proszę, otwórz to dopiero po moim wyjeździe.
To ważne.

Potem dowiedziałem się, że wyjeżdża już jutro. Spędziliśmy cały
wieczór razem. Był on najpiękniejszy ze wszystkich naszych dni.
Wszystko to, co chcieliśmy sobie powiedzieć, powiedzieliśmy.
Następnego dnia z drżącym sercem sięgnąłem po mój prezent.
Z namaszczeniem otworzyłem okładkę. Zaskoczył mnie widok stron
zapisanych drobnym maczkiem, zabawnych rysunków. Zorientowałem
się, że to dzienniki Ani, zebrane i sklejone razem. Każdego dnia
czytałem parę zapisków, przeżywając dzień po dniu to co ona.
Skończyłem je czytać na przełomie stycznia i lutego. Zapragnąłem
odkryć w nich coś jeszcze. Z namaszczeniem przeszukiwałem strony,
żeby odkryć jakieś nieprzeczytane zdanie.
Znalazłem je w marcu. Ledwo zauważalne, nabazgrane pośpiesznie jej
pismem na wewnętrznej stronie okładki. Zdanie, dzięki któremu jej
pamiętnik nabrał ostatecznego kształtu. To zdanie noszę w sobie do
dziś. Brzmi ono:
Dzienniki marzeń. Dla Alana.

Autorka prozy: Agnieszka Chilińska
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

„CARMELIA ITES”
– Witaj mamo. – Carmelia ukłoniła się matce, królowej Nithis. Przywitała
damy dworu

i uklękła na zimnej marmurowej posadzce.

– Zakończ w końcu tę wojnę. Tak nie da się żyć. Zza każdego rogu może
wyjrzeć wrogie wojsko. Nie chcę chodzić do szkoły w towarzystwie
strażników.
– Machnęła swoimi granatowymi skrzydłami.
– Zresztą przez was nie mam dzieciństwa.
– Inni są zwykłym robactwem. Z nimi nie da się rozmawiać, ich trzeba
wytępić. Nie zasługują na sojusz z nami. Nawet ta wojna powinna być
dla nich prawdziwym zaszczytem – powiedziała wyniośle królowa.
– Jak tak możesz! Równie dobrze mogłabyś mówić tak o mnie, bo nie
jestem tobą! Tak, dobrze słyszysz. Wszystko kręci się wokół ciebie, nie
myślisz o swoich poddanych, którzy walczą dla ciebie na śmierć i życie.
– Carmelia odwróciła się i powoli wyszła, omijając slalomem kolumny
z czarnego obsydianu.
Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, uniosła się na swoich skrzydłach.
Przy wielkim drzewie pieniędzy zwolniła i stanęła na ziemi. Zauważyła
jakiś ruch, więc je okrążyła. Jej ciemnobrązowe włosy powiewały na
wietrze. Carmelia jako jedyna w szkole miała naturalne zielone
pasemka.
Za drzewem znalazła jedynie kilka kamieni i dwie monety. Nagle ktoś
dotknął

jej pleców. Obróciła się przerażona. Zobaczyła wróżkę

o ogniście rudych włosach, przetykanych błękitnymi kosmykami.
Widać było, że to Sumerilianka. Zdenerwowana machała złotymi
skrzydłami. W bladych dłoniach trzymała kilkanaście złotych monet.
– Jestem Kossinia Silio, a ty?- zapytała.

– Carmelia Ites – odpowiedziała Nithiska.- Jesteś z Sumerilis?
– Tak. Jestem księżniczką. Twoja matka nie chce przerwać wojny?
– Niestety nie… Skąd wiesz, kim jestem?- zapytała Carmelia.
– Zdjęcia twojej matki i twoje wiszą w barach. Rzucają w was rzutkami!
– Kossinia zasłoniła usta, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego,
co powiedziała. Carmelia nie zwróciła na to uwagi. Po chwili obydwie
wróżki rozmawiały ze sobą, jakby znały się od zawsze. Kossinia
spojrzała w niebo. Było ciemne, pełne gwiazd. Wtem… usłyszała trzepot
skrzydeł.
– To armia słońca! Pewnie mnie szukają! – przestraszyła się Kossinia
i odleciała. W tym momencie Carmlia wsunęła się do ledwo
zauważalnej szpary między korzeniami. Armia skręciła gdzie indziej,
a ona poleciała do szkoły. Zastała tam swoją nauczycielkę – panią Dolio.
– Dzień dobry! Proszę pani, muszę spotkać się z księżniczkami: Agatią
Hit z Watrisiop i Dalią Hotim z Airion. O i jeszcze z Lemirianką Tritinią Smith – powiedziała Carmelia. Po chwili spotkały się w sali
konferencyjnej.
– Witam księżniczki oraz ciebie Lemirianko! – zaczęła.
– Lemi, co? – zapytała Tritinia.
– Ziemianko. Dobra, jako że nic nie będziesz rozumiała, wytłumaczę.
Agatia jest z Watrisiop, czyli z królestwa wody. Dalia pochodzi z Airion,
kraju powietrza. Znam jeszcze Sumerilis, gdzie nie zachodzi Słońce.
Dobrze, do rzeczy.

Wszystkie królestwa ogarnęła wielka wojna. Tak więc, musimy
wziąć sprawy w swoje ręce. Każda z nas powinna wykraść skarb
swojego królestwa. No a ty, Tritanio, kiedy będziemy miały Gwiazdę
z Nithisso, Kamień Słońca z Summerilis, Wiatr Arion i Złotą Kroplę
Wody z Watrisiop, dasz nam Perłę Sojekko. Jak wiesz (chyba) każde
królestwo ma swój skarb, wszystkie przed chwilą wymieniłam. Jednak
one są strzeżone w skarbcach. To wszystko pozwoli nam zrealizować
sojusz. Kto jest za? – skończyła Carmelia. Pozostałe dziewczyny jeszcze
raz przeanalizowały jej wypowiedź i po chwili dwie z nich podniosły
ręce.
– A ty, Agatio? Chcesz wojny? – zapytała Dalia, unosząc orle skrzydła.
Złapała Watrisoipkę za ramię.
– Wykradnę Złotą Kroplę, jeśli wy zdobędziecie pozostałe skarby. Nie
będę wcześniej ryzykować. A zresztą, co z Kamieniem Słońca? Przecież
nie polecisz do księżniczki Sumerilis. – powiedziała Agatia.
– Mam plan… Skoro wszyscy się zgadzamy, żegnam księżniczki
i lemiriankę. Miłego, ciemnego dnia. Przypominam, jesteśmy w krainie
nocy. – wytłumaczyła Carmelia. Wyszła na placyk przed szkołą
i poleciała do skarbca.
Gdy stanęła przed jego wrotami, poczuła uderzenie fali lodowatego
powietrza. Szarpnęła drzwi. Bez oporu się otworzyły. W środku było
naprawdę zimno i ciemno. Gdzieś w oddali widać było niebieską
poświatę. To musiała być gwiazda! Carmelia rozejrzała się. Po prawej
stały pająki z Nithisso, a całą resztę zagradzały ich pajęczyny. Szepnęła
coś i tuż obok niej pojawiło się srebrne światełko. Posłała je na
pajęczynę. Zaczepiło się. Lekko przestraszona czekała na to, co się
wydarzy. Powoli i ospale jeden z pająków ruszył ku światłu. Po chwili

rzucił się na nie. Tak jak oczekiwała wróżka, rozerwał pajęczynę
i pożarł „zdobycz”. Carmelia wyczarowała kolejnego świetlika, który
poleciał do pająków, a potem zaczął latać w tę i z powrotem.
Dziewczyna, ile sił w nogach, pobiegła przed siebie. Przeszła przez
dziurę w pajęczynie i ruszyła dalej. Coś złego z nią się działo, zasypiała.
– No tak, zaklęcie snu. Jeśli zasnę, pożrą mnie pająki – mruknęła. Zdjęła
żakiet, wiedziała, że jeśli będzie jej zimno, nie zdrzemnie się ani przez
chwilę.
Już dokładnie widziała granatową szkatułkę z gwiazdą. Jednak zza
zakrętu wyskoczył szczur, który miał około dwóch metrów długości.
Carmelia posłała na niego świetlika. Nic. Dziewczyna wyczarowała
następnego, ale nie pomogło. Szczur przysuwał się do niej. Sekundy
mijały, a on był coraz bliżej. Carmelia stała pod ścianą, nie mogła
machać skrzydłami. Spojrzała w górę i zauważyła belkę. Podciągnęła
się na niej. Zawisła w powietrzu i już, już, szczur miał ją złapać, gdy
Carmelia skuliła nogi i usiadła na zbawiennej belce. Później poleciała do
szkatułki, unosząc się jak najbliżej sufitu. Chwyciła granatowe
pudełeczko i szybko podleciała do pajęczyn.

Gdy w końcu dopadła do drzwi skarbca, westchnęła z ulgą.
Wyszła na zewnątrz. Od razu poleciała do drzewa pieniędzy. Stamtąd,
już na nogach, poszła do Ukrytych Jaskiń. Otworzyła jedną z nich,
najbardziej ukrytą. Zobaczyła w niej… Kossinię!
– Co ty tu robisz? – wypaliła, nie owijając w bawełnę.

– Co TY tu robisz? – Kossinia nie była mniej zdumiona. – Ja po prostu
oparłam się o ehm… drzwi tej jaskini.
– To moja kryjówka. A dobra tam… Ale jest jeden warunek. Wykradnij
Kamień Słońca – rozkazała Carmelia. W tym momencie zza gobelinu,
który wisiał na ścianie, wyskoczył ohydny potwór. Wyglądał jak
zmutowany wilk. Skoczył na Carmelię.
– Aaaa!! – krzyknęła i upadła na ziemię. Potwór rzucił się na nią
i dotknął jej szyi. Przyssał się do wróżki. Kossinia posłała w niego
ognistą kulę. Złapał się za serce i zaczął się kręcić, biegać i szaleć.
Wtedy podniosła Carmelię i wybiegła z nią na dwór.
– Zwołam kogoś – powiedziała.
– Nie możesz. Bez sojuszu nic się nie uda. Dlatego zdobądź kamień. szepnęła Carmelia. Kossinia zaciągnęła koleżankę do pałacu i zostawiła
ją tuż obok wejścia.
– Księżniczko, nic ci nie jest? – strażnicy pytali z troską.
-Potwór… Rzucił się na mnie. – powiedziała Carmelia.
– Chodźmy. – Służba zaprowadziła ją do komnaty. Tam zajęły się nią
kapłanki.
– To samo co z królową, wysoka gorączka. Słyszałam, że całe miasto
ogarnęła epidemia. A to wszystko przez tego potwora – szeptały między
sobą.
W tym samym czasie Kossinia chodziła po komnacie. Słońce
świeciło jej w twarz.

– Nie! Nie mogę wykraść kamienia… Ale to chodzi o spokój między
państwami. Zrobię to! – mówiła do siebie. Poleciała do skarbca.
– Ciemno jak w grobie. – posłała ognika. Na chwilę skarbiec rozświetliło
żółte światło. Zimno wyglądające ściany, stykały się z podłogą
wyłożoną białym kamieniem.
Kossinia machnęła rudymi włosami a one zaczęły świecić!
Rozejrzała się. Żadnych stworów, pułapek ani nic podobnego. Puste
pomieszczenie… Zobaczyła, że jej naszyjnik zaczyna się poruszać.
– No tak! Ale ja jestem głupia. – mruknęła i wyszła ze skarbca…
Carmelia wyszła z komnaty. Poleciała do swojej koleżanki, Alishii.
– Cześć All! – powiedziała – Jesteś tu???- W mieszkaniu nikogo nie było.
Pomyślała, że po prostu gdzieś wyszła. Myliła się. Potwór zaczął
atakować także zwykłych ludzi.
Parę dni później zawołała wszystkie sojuszniczki.
– Dalio, masz Wiatr Airion?- dziewczyna kiwnęła głową.
– A Kamień Słońca?- Agatia uśmiechnęła się szyderczo.
Carmelia zagryzła wargę. Wtem… Do środka wleciała Kossinia!
– Kossi! Masz kamień? – Carmel doskoczyła do wróżki. Ruda dziewczyna
zdjęła naszyjnik i położyła go na stole z niechęcią. Chwilę później
Tritinia otworzyła złotą szkatułkę. Dziewczyny oślepiła jasność Perły.
W parę sekund zmusiły Agatię do dania Złotej Kropli. Już, już miały
rzucić zaklęcie połączenia, gdy przez okno wskoczył potwór. Carmelia
zemdlała. Po ostatniej walce czuła się osłabiona.

Kossinia rzuciła w potwora kulę ognia. Dalia puściła w jego stronę
wir powietrzny. Sekundy mijały, a stwór zdawał się w ogóle nie
zwracać uwagi na wysiłek dziewcząt. W tym momencie Agatia, jakby
dopiero teraz się ocknęła, stworzyła pod nim bagno. Potwór zaczął się
zapadać, jednak w ostatniej chwili chwycił rękę omdlałej Carmelii. Tak
jak wcześniej przyssał się do niej. Tritinia walnęła go i nadepnęła na
jego rękę obcasem. Stwór zaczął skomleć. Wtedy Tritinia zmrużyła
oczy, przybierając straszną minę. Obróciła się i przeskakując kopnęła
w jego głowę piętą. Stwór zakołysał się i zanurzył w bagnie.
Dziewczyny spojrzały na Carmelię. Była bardzo blada, miała
podkrążone oczy i rozpalone, czerwone policzki.
Tritinia pobiegła po panią Dolio. Nauczycielka zaaplikowała jej
jakieś zioła, po których wróżka błyskawicznie się podniosła, a ból na jej
twarzy zastąpiła zdezorientowana mina. Carmel spojrzała pytająco na
Kossinię,
a ta wzruszyła ramionami. Wszystkie wyszeptały formułkę, pochylone
nad Kamieniem Słońca, Wiatrem z Airion, Złotą Kroplą, Gwiazdą i Perłą
Sojekko. Nagle poczuły wstrząs, a przez kontynent przeszła fala
naprawiająca wszystkie budynki.
W tym momencie przed wróżkami pojawiły się ich matki, królowe
oraz Złota Dama, władczyni wszystkich tych państw.
– Dziękuję wam dziewczęta. Dzięki wam znów mamy pokój. Gratuluję
głównie tobie, Carmelio. Mimo twierdzeń, przekonań i dezaprobaty
twojej matki… mhm…. przepraszam królowej Nithisso, zrobiłaś to, co
zrobić należało. – powiedziała Złota Dama.

Sojuszniczki udały się na zasłużony odpoczynek. Nazajutrz, mimo
wielkiej sławy, zasiadły w szkolnych ławkach, bo chciały żyć tak, jak ich
rówieśnicy.
Autorka prozy: Julia Lubiecka
II miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Gimnazjalnych

PASJA I TALENT

Trwał jeden z ostatnich sierpniowych dni. Warszawa połyskiwała
blaskiem zachodzącego słońca, wręcz tonęła w pomarańczowym
świetle, rozlewającym się na ulicach i chodnikach. Parkowe topole
szumiały przy delikatnym wietrzyku, a miasto żyło swoim codziennym,
hałaśliwym
i ruchliwym rytmem. Wiele samochodów jeździło po autostradach,
wielu przechodniów spacerowało na chodnikach, wielu rowerzystów
jechało przeznaczonymi ścieżkami. Młodzież przebywała na boiskach,
placach
i przy blokach mieszkalnych. Jednak niektórzy spędzali piątkowy
wieczór w swoich domach lub mieszkaniach, tak jak rodzina Malików.
Ciasna kuchnia była przepełniona rozmowami, plotkami i przede
wszystkim niekończącym się monologiem sąsiadki, pani Torańskiej.
Była ona jednym z najstarszych mieszkańców bloku na Wiśniowej.
Miała już około czterdziestu dziewięciu lat, parę zmarszczek na czole,
ale jej piwne oczy wcale nie straciły młodzieńczego blasku. Garb na
nosie, sprawiał, że nowopoznany znajomy pani Alicji, zastanawiał się,
czy nie jest aby ukrytą czarownicą, w świecie ludzi, lecz to uczucie
mijało zaraz po pierwszym uśmiechu „wiedźmy”. Wówczas na

policzkach pojawiały się dołeczki i zmarszczki w kącikach ust. Dzięki
temu ludzie mieli pewność, że pani Torańska była bardzo miła
i przyjazna. W tamtym momencie siedziała przy niewielkim stole, na
taborecie naprzeciwko pani Malik, zajadając sernik. Miała na sobie
sukienkę w barwie jesiennej, bardzo długą z dużym dekoltem. Lecz pani
Alicja nigdy nie zwracała zbytniej uwagi na plotki o sobie. Interesowały
ją jedynie „wiadomości warszawskie”, co znaczyło tak naprawdę –
plotki o sąsiadach. Dzieliła się nimi najczęściej z Malikami. To właśnie
ona zaprzyjaźniła się najbardziej z tą rodzinką, gdy tylko się
przeprowadzili do mieszkania numer czternaście w Warszawie.
Przy stole były również obecne dwie córki pani Renaty Malik – Magda
i Ola. Madzia – obok mamy, a Ola przy gościu opartym o lodówkę,
stojącym blisko jedynego w kuchni okna.
Po drugiej stronie ustawiono rząd blatów, kuchenkę i rozmaite sprzęty
kuchenne z mahoniu, a nad nimi wisiały dwie półki. Stały na nich:
skarbonka w kształcie krowy, sztuczny kwiatek i dużo przypraw oraz
jedno zdjęcie. Obrazek przedstawiający pana Malika wraz z Magdą.
– Och, Renatko, to okropne. Jak można było to zrobić! Niesłychane! –
mówiła sąsiadka, popijając herbatkę.
– U nas też kiedyś była taka sytuacja. To zdarzyło się jeszcze
w Mrągówku.
Wszyscy uśmiechnęli się lekko.
– Madziu, mogłabyś wlać mi jeszcze trochę herbaty? – zapytała
grzecznie pani Torańska.
– E… tak. Już – młodsza i niższa siostra podniosła się z taboretu
i pochyliła się w stronę dzbanka z ciepłą herbatą, nalewając gościowi
do szklanki napój.

Miała kręcone, ciemny blond włosy, sięgające za ramiona, duże,
niebieskie oczy, w morskim odcieniu oraz podłużne usta, które
w uśmiechu wyglądały bardzo ładnie, a na policzkach pojawiały się
lekkie dołeczki. Kilka pryszczy na czole wcale nie obrzydzało wyglądu
nastolatki. Wyglądała ślicznie i delikatnie, tak jak jej matka. To
trzynastolatka,

chociaż

wyglądała

na

czternaście

lat.

Usiadła

z powrotem na krześle, wpatrując się w swoją szklankę, napełnioną
pomarańczowym sokiem.
– A wiecie co? Spotkałam się kiedyś z takim chłopakiem, który uwielbiał
grać na pianinie. Nawet zapisał się do szkoły muzycznej, ale kiedy
zmarł jego przyjaciel, rzucił to. Powiedział, że może ćwiczyć jedynie
przy nim, bo nikt inny go nie rozumiał i nigdy nie czuł się dobrze bez
niego. Wypisał się ze szkoły. To niesłychane! Gdybym miała syna, nie
pozwoliłabym na coś takiego. Kazałabym mu siedzieć i grać.
Magda posmutniała. Mama zauważyła, co się dzieje i powiedziała:
– Ech. Pani Alicjo, proszę nie przesadzać. Gdyby pani go zmusiła do gry,
nie mógłby się z tego cieszyć, to byłby przymus, nie osiągnąłby w ten
sposób zbyt wiele… A poza tym my też mamy takiego artystę w domu –
zerknęła ukradkiem na młodszą córkę.
– O czym mówisz, Reniu? – zapytała zadziwiona sąsiadka, przełykając
kawałek ciasta.
„O nie! Teraz to już rozgada wszystkim, z dodatkiem swojej „wiedzy”.
Mam dość! Mama nie powinna nigdy mówić o moim talencie”- myślała
Magda.

– Magda potrafi świetnie grać na gitarze i klawiszach… ach i jeszcze na
pianinie! Śpiewa, ale niestety –

zrobiła przerwę, wypijając łyczek

herbaty – rzuciła to po śmierci ojca.
Pani Malik mówiła, jakby Magdy w ogóle nie było z nimi przy stole. Ola
się wcale nie odzywała, nie miała zamiaru dokładać jeszcze do ognia.
– Mówisz? – pytała, wciąż niedowierzając sąsiadka.
– Magda, idź po gitarę i zagraj coś. Masz chyba jeszcze ten zeszyt, nie?
– No jest gdzieś, ale ja wolałabym nie – odparła cicho nastolatka.
– Widzisz, Reniu tak już jest.
– Magda, idź – podniosła trochę głos pani Malik.
– Ok. Już idę – powiedziała z niechęcią.
Wyszła z kuchni i ruszyła do swojego pokoju. Gdy już znalazła się
w niewielkim pomieszczeniu, gdzie w lewym kącie, naprzeciwko drzwi
stało dwuosobowe łóżko, zaścielane czerwoną pościelą, obok
znajdowała się szafa, a raczej cały rząd szaf i regałów. Tylko na jednej
ścianie, łączącej ścianę przy łóżku, ze „ścianą regałów” było okno.
Wszędzie indziej widziano jedynie jasnoczerwony odcień ścian oraz
różne plakaty gwiazd. Biurko stało niedaleko drzwi, po prawej stronie,
a przy łóżku widać było skrzynkę, w której leżały stare rzeczy Magdy,
między innymi stary zeszyt. Na jednej z wysokich szaf został położony
futerał z gitarą. Dziewczyna wzięła obie rzeczy i pomaszerowała do
kuchni.

– No to graj – powiedziała uśmiechnięta, w przeciwieństwie do siostry
i Madzi, mama.
Dziewczyna westchnęła, wciągnęła powietrze i chwyciła instrument
w ręce, otworzyła dziennik na ostatniej stronie. Zaczęła powoli grać
delikatną melodię. Dotykała koniuszkami palców strun z widoczną,
wielką pasją. . Piękny, mocny głos wydobywał się z gardła dziewczyny.
Pani Torańska była pod wrażeniem, jeszcze nie znała nikogo z tak
interesującym głosem. Uśmiechnęła się tajemniczo do Magdy,
gdy ta skończyła.
– No! Talent! Czysty talent! – rzekła, wstając z krzesła. – Dlaczego nie
grasz? I co miałaś na myśli, śpiewając „jeśli nie będę dobra”?
– Bo niektórzy, bardzo wścibscy ludzie, którzy nie powinni się
interesować mną bardzo często to robią, a tym mnie denerwują –
dziewczyna rzuciła zdenerwowane spojrzenie gościowi.
– Magda! – mama krzyknęła.
– Nie szkodzi. Zresztą i tak już wychodziłam, Reniu. A co do
umiejętności twojej córki, to zdaje mi się, że powinniście jednak wrócić
do Mrągówka – rzekła obrażona i wyszła.
– Do pokoju! – krzyknęła do obu córek, pani Renata.
Usiadła przy stole, zastawionym sernikiem i herbatą. Spojrzała w okno,
gdzie widać było słońce, schodzące ku horyzontowi. Wiedziała, co ta
plotkara miała na myśli. „Gdyby tylko Magda wróciła do Mrągówka,
zobaczyłaby coś, co kocha, być może zaczęłaby znów grać” – myślała.

Ale

jedno

było

pewne

wrócą

tam

skąd

przyjechali.

Nazajutrz rano pani Malik wzięła się do pakowania. Do jej sypialni
weszła zaspana Ola.
– Mamo, co robisz? – zapytała.
– Przeprowadzamy się – odparła mama.
– Ej, ale gdzie? Mamo? – dziewczyna usiadła.
– Do Mrągówka – mama była spokojna.
Dziewczyna zerwała się i pobiegła do pokoju obudzić siostrę.
– Madzia wstawaj! – szarpnęła siostrę Olka.
– Co tam?! Dziewczyno jest.. – powiedziała Madzia i spojrzała na
zegarek – szósta rano? Olka! Nie budź mnie o tej porze!
Magda zakryła się kołdrą pod sam nos, odwróciła się na drugi bok
i wyraźnie dała siostrze do zrozumienia, że nie ma zamiaru z nią
rozmawiać.
– Magda! Wstawaj! – ponowiła rozkaz Ola.
– Czego ty chcesz?! Jest szósta rano!
– Przeprowadzamy się! Do Mrągówka!
– Co? – Magda wreszcie wykazała jakiekolwiek zainteresowanie. Szybko
wstała

z łóżka i pobiegła do sypialni mamy , gdzie ona już

pakowała rzeczy.
– Mamo!!! Ola.. jak to? Przeprowadzamy się?!
– Tak – rzekła mama, nadal bardzo spokojna.

Magda pociągnęła mamę za rękę i wskazała palcem, aby usiadła. Mama
wykonała polecenie.
– Mamo jak to?! Wytłumacz to mi i Olce – Ola tylko przytaknęła siostrze
głową.
– Wyprowadzamy się do Mrągówka. Wczoraj, gdy już spałyście
zadzwoniłam do pana, który zajmuje się naszym starym domem
i powiedziałam, żeby jednak nie szukał kupca i, że dzisiaj będziemy się
wprowadzać. Pani Alicja wczoraj dała mi wiele do myślenia. A propos
pani Alicji, Magda powinnaś jeszcze przed naszym wyjazdem pójść i ją
przeprosić.
– W życiu! – krzyknęła nastolatka – to nie moja wina, że jest podła
i wścibska!
Jednak widząc błagalny wzrok mamy, Magda ze skruchą skinęła głową
i szybkim krokiem poszła się ubrać i uczesać.
Ola została i zapytała mamy :
– Co się stało? Mówiłaś, że już nigdy nie wrócimy do tamtego domu, bo
wiele wspomnień związanych jest tam z tatą.
– W tym momencie w oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
– Chodzi o Magdę… Ona ma talent i powinna go rozwijać a tu nie może,
więc się przeprowadzamy. Swoją drogą, ona nigdy nie chciała się
z stamtąd wyprowadzać.
W tym momencie w progu stanęła Madzia.
– Idę przeprosić panią Alę, ktoś idzie ze mną? – zapytała.

– Ja pójdę – odpowiedziała mama. Ola ty też powinnaś pójść. Musimy się
pożegnać. Potem może nie być czasu.
Starsza

córka

popatrzyła

na

mamę

wzrokiem

mówiącym

„Czy naprawdę muszę?”. Jednakże pomyślała, że nie wypada nie iść,
wstała i dogoniła mamę i siostrę.
Mama z córkami wchodziły po schodach wysokiej kamienicy. Gdy
wreszcie doszły już pod mieszkanie numer 21 na samej górze, Magda
zapukała.
Drzwi otworzyła pani Torańska. Zaskoczona widokiem Madzi cicho
powiedziała:
– Dzień dobry. Wejdźcie.
– Nie, nie. My tylko na chwilę. Magda chciała coś pani powiedzieć – nagle
wszyscy skierowali wzrok na Madzię.
– Przepraszam – zaczęła dziewczyna – Trochę mnie wczoraj poniosło.
Wybaczy mi pani?
– Jasne, Madziu. Miło, że przepraszasz – pani Alicja uśmiechnęła się,
a Magda odwzajemniła to.
– Może jednak wejdziecie? Zapraszam na herbatę i babeczki.
Mama weszła jako pierwsza, za nią, lekko przepychając się w drzwiach,
Magda i Ola.
– Chciałyśmy się pożegnać. Wyjeżdżamy – powiedziała pani Malik.
– Szkoda, bo nigdy nie znałam milszych osób niż wy… Ale tak to już
bywa w życiu..
– Zawsze może nas pani odwiedzić. Jest pani bardzo mile widziana.
– Bardzo, bardzo dziękuję. Ale wy również.

Reszta przedpołudnia minęła na „plotkach warszawskich”.
Gdy przyszedł czas na pożegnanie, pani Malik i pani Alicja posmutniały.
W ich oczach widać było łzy, lecz powstrzymały się, żeby się nie
rozpłakać.
Około godziny szesnastej pani Malik wraz z córkami wyjechała
autobusem do Mrągówka. Magda, spoglądając co chwila na znajomą
ziemię, od razu odzyskała radość życia. Na przystanku wyjęła gitarę
i zaczęła grać swój ulubiony utwór „Hallelujah” Rufusa Wainwright’a.
Ludzie przechodzący obok przystanku byli tak oczarowani, że nawet
zatrzymywali się, aby uświadomić sobie, czy to sen, czy jawa.
Wchodząc do starego domu, Magda szybko rzuciła torbę pod drzwi.
Przebiegła cały dom, przypominając sobie wszystko, co się tam
zdarzyło.
I te złe, i dobre wspomnienia były dla niej najcenniejszą rzeczą, jaką
miała.
2 miesiące później…
Magda nauczyła cieszyć się życiem i poszła do szkoły muzycznej, do
czego nie można jej było namówić w Warszawie. Stała się otwarta
i zaczęła chwalić się swoim talentem. Była szczęśliwa, że wrócili do jej
ukochanego miejsca, z którym wiąże się tak wiele wspomnień do Mrągówka…

Autorka prozy: Dominika Stec
III miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

GRA O POKÓJ
Góra Tytus to największa góra łącząca światy dobra i zła. Po każdej
stronie panują inne zasady moralności i życia. Dobrą sferę zamieszkują
wróżki, a złą czarownicy. Obie strony są w konflikcie od wielu tysięcy
lat i jeszcze żaden śmiałek nie zdołał naprawić relacji między nimi.
Granica między światami jest nie do przekroczenia, chyba że ma się
wyjątkową moc. Dawna legenda głosi, że spór rozstrzygnie tylko
uczucie miłości między przeciwnymi światami .
W obydwu krainach nadszedł nowy dzień. Jedna z potężniejszych
wróżek Ziga, wstała wcześnie rano, aby nazbierać trochę porannej rosy
do napoju magicznego, jaki właśnie próbowała przyrządzić. Wróżki co
roku przygotowują konkurs na najpiękniejszą i najmądrzejszą
mieszkankę z krainy Słońca. W tym samym czasie w krainie Cienia
odbywa się turniej siły, gdzie mężczyźni mogą popisać się swoimi
zdolnościami fizycznymi. Wróżki miały proste zasady konkursu najpierw pokaz magicznych zdolności, a później sprawdzian z wiedzy
o krainie. Reguły złego świata brzmiały prosto: ,,Macie pokonać dzikie
zwierzę i wyjść z tego cało”. W tym roku zawody wygrali młodzi
czarodzieje – Maja i Lee. Lee, jako wielki czarodziej, chciał wszystkim
udowodnić, że potrafi jeszcze więcej i przekroczy granice światów.
Postanowił dowieść, że ma wyjątkowe, magiczne zdolności. Inni
czarodzieje wyśmiali jego pomysł i stwierdzili, że to tylko zwykłe
popisywanie się. Lee jednak postawił na swoim i wyruszył w stronę
góry Tytus.
Najlepsza koleżanka Mai miała kulę przyszłości. Pewnego dnia Maja
odwiedziła Zigę z prośbą, aby pomogła jej zrobić coś niezwykłego, co

przyczyni się do zapamiętania jej imienia na wieki. Oczywiście Ziga nie
mogła odmówić najlepszej koleżance i dzięki kuli kazała jej przekroczyć
granicę na górze. Maja, jak usłyszała, tak zrobiła. O brzasku z dwóch
stron wzgórza zbliżała się dwójka czarodziejów. Lee i Maja, jak
przystało na wróżów, wyczuli swoją obecność i byli gotowi do walki.
Kiedy czarodziej ujrzał twarz Mai, oniemiał, nigdy nie widział kobiety,
znał je tylko z opowiadań innych, a dziewczyna onieśmieliła go. Szybko
schował

różdżkę

i

uśmiechnął

się.

Maja,

zdziwiona

jego

postępowaniem, również zachowała się tak jak on i zapytała:
– Czemu nie walczysz czarodzieju? Gdzie się podziała twoja odwaga?
I co tu robisz?
Lee, nie wiedząc, co powiedzieć, wyksztusił:
– Przybyłem tu, aby dowieść swojej odwagi i potęgi.
– Czemu akurat ty? – spytała.
– Wygrałem turniej, ale każdy twierdził, że i tak jestem słaby, więc
postanowiłem w ten sposób im to udowodnić.
– Rozumiem, chodzi Ci o chore ambicje, jakie zrodziły się w twojej
głowie oraz urażony honor?
– Coś w tym stylu, a co ty tu robisz? Zgaduję, że to samo, co ja?
– Nigdy w życiu, to nie w moim stylu. Chcę, aby moje imię zostało
zapamiętane na wieki.

Twarz

dziewczyny wyglądała jak wielki pomidor. W głowie

uświadomiła sobie, że ich cele są prawie identyczne.
– Skoro oboje mamy podobne cele – zaczął – to może ….
– Nie, nie będę z tobą współpracować. Jesteś ohydnym czarodziejem .
– Ale wiesz, że i ty i ja, sami nie damy rady? Do zniszczenia granicy
potrzeba dwóch osób i uczucia jakiego nie doznaliśmy jeszcze nigdy.
Sam tak naprawdę nie posiadam tak wielkiej mocy …
– Jasne, jasne … może i potrzebuję pomocy, ale nie twojej…
– Jak nie mojej, to innego, jak ty to powiedziałaś ,,ohydnego
czarodzieja”.
Lee w końcu doszedł do wniosku, że nie zna jej imienia i może od tego
należy zacząć?
– W tym wszystkim nie przedstawiłem Ci się, jestem Lee. A ty?
– Masz rację, jestem Maja…
Siedzieli tak i rozmawiali, aż zauważyli, że minął już prawie cały dzień
i zachodzi słońce. Wtedy to rozstali się, idąc w inne strony, ale obiecali
sobie, że spotkają się w czasie pełni księżyca. Minęły dwa tygodnie,
kiedy na niebie pojawił się pełny księżyc, a dwoje czarodziejów mogło
znów się spotkać. Tego dnia między nimi zdarzyło się coś znacznie
większego, w świetle księżyca Lee wyznał Mai miłość. Dziewczyna
oniemiała z zachwytu, też zaczęła coś czuć do chłopaka, ale nie
wiedziała dokładnie, co to było. Przyjemne, ale nigdy niedoznane
uczucie .

Nagle księżyc zaświecił mocniej, a granica zniknęła. Czarodzieje odczuli
zmianę, kiedy zauważyli brak granicy, rzucili się w swoje ramiona
i mocno przytulili. Z nieba zaczęły spadać piękne gwiazdy, a dwa światy
zapełniła miłość, która wcześniej była tak im obca. Następnego dnia
czarodzieje i wróżki pierwszy raz przemówili do siebie ,,ludzkim
głosem”, a młodzi kochankowie już na zawsze byli razem. Nawet Ziga,
przeciwna

temu

wszystkiemu,

znalazła

swoją

miłość.

Pamięć

o czarodzieju Lee i wróżce Mai przetrwała wiele wieków , każde nowe
pokolenie wiedziało, że to oni ,,zapoczątkowali’’ uczucie

miłości

i zlikwidowali granicę, która była by do dziś.

Autorka prozy: Anna Skwierawska
wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

ROK 2013

DZISIAJ ZIMA ZAWITAŁA
Dzisiaj zima zawitała,
wszystkich śniegiem zasypała.
Ulepiła śnieżną kulę,
no i chyba rzuci w Julę.
Weźcie sanki wszystkie dzieci,
bo ta zima szybko zleci.
Czas na kulig w ten poranek chyba każdy spadnie z sanek!
Zaraz zajdzie wielka zmiana…
więc ulepcie dziś bałwana.
I Sylwester zaraz będzie!
Wiosna przyjdzie w szybkim pędzie…

DLACZEGO WARTO KSIĄŻKI CZYTAĆ?
Dlaczego warto książki czytać?
Żeby się o zbędne rzeczy nie pytać.
Żeby nauczyć się ortografii.
Żeby się chwalić, co się potrafi!
Warto więc książki czytać…
Bo można się szybko z wiedzą przywitać.
Można zwiedzać kraje nieznane,
a w nich… rzeczy dzieją się niesłychane.

Pracę plastyczną wykonała: Karolina Terpińska

KLEKS
Na kartce pisałem wiersz,
pisałem piórem i zrobiłem kleks.
Gdy tego kleksa zobaczyłem,
to sobie łąkę wyobraziłem.
Kwiaty rosły na tej łące
i biegały dwa zające.
A pod lasem hen…
To był tylko śliczny sen.

Autor wierszy: Jakub Zawadzki
I miejsce w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

RODZINA
Moja rodzina jest nietypowa zaskakuje mnie jak guma balonowa!
Moja mama ma bzika
na punkcie małego samochodzika!
Moi bracia są szaleni,
noszą po cztery telefony w kieszeni!
Siostry moje
ciągle zmieniają stroje…
A ze mnie jest niezła laska,
bo wyglądam jak panna z obrazka!

KOTEK
Mam w domu małego kotka.
To taka mała psotka.
Czarno – białe łatki ma,
po podwórku lubi hasać ile się da!
Skacze sobie z drzewa na drzewo,
spoglądając to w prawo, to w lewo!
Kiedy już wyhasa się od rana,
wieczorem wraca do domu niezwykle skonana.
Wtedy z uśmiechem nalewam jej mleka,
a ona z niecierpliwością na to czeka!
Bardzo lubię swojego pupila,
bo mi często czas umila!

Autorka wierszy: Zuzanna Zofia Muszyńska
II miejsce w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

„TEN JEDEN ZAPACH”
Świat to tysiąc barw i tysiąc zapachów.
Złączają się, olśniewają oryginalnością.
Taka Francja, na przykład, pachnie morzem i uczuciami.
Chorwacja – piaskiem, co delikatnie parzy, lawendą i ziołami.
Przytulając mapę, spośród oceanów egzotycznych.
Kocham ten jeden.

Pachnie łąką, co po deszczu oddycha tak bardzo, że chce się żyć.
I pachnie też słońcem, które wychodzi tylko po to, by zaraz się skryć.

„BAL WSZYSTKICH POETÓW”
To tajemnica.
Pod osłoną nocy gdy gwiazdy na niebie ktoś cicho klucz w drzwiach
przekręca.
To magia.
Jasny księżyc blade twarze oświetla.
Wytworne stroje, berety, buty, piękne marynarki, krawaty, surduty.
To cisza.
Wiatr niesie dźwięk niemych słów.
Dziwna melancholia i spokój uczuć choć radość w oczach.
Tylko Norwid siedzi w kącie i swym smutnym okiem obserwuje.
Myśli:
Polscy Poeci.
Po raz ostatni.

Autorka wierszy: Agnieszka Chilińska
I miejsce w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

„OJCZYZNA”
Niejeden na tej ziemi przelał krew,
walczył za nią jak groźny lew.
Miłością darzył ją niesłychaną,
życiem zapłacił i krwi dużą plamą.
Orzeł z koroną, na czerwonym tle,
wielkie znaczenie mają symbole te.
Ojczyzna i naród, wolność i poświęcenie,
potrzebne są niczym woda i jedzenie.
Nasi dziadkowie, nasze rodziny słyszały, gdy wybiły strachu godziny.
Bili, karcili. Żywcem spalali,
lecz i tak wolności nam nie odebrali!
W chwilach zwątpienia, braku wiary
wspominali sztandar czerwono – biały.
I płomień w sercu zapłonął zaraz,
gdy mróz ściął wsie i miasta naraz.
Za ich gotowość, chęć do działania
szacunek im, cześć i chwała.

Przypomnij sobie, za co zginęła Inka.
Nie płacz dziewczyno,
że na ustach rozmazała ci się szminka.

UŚMIECHNIJ SIĘ DO ŻYCIA
Uśmiech w życiu ważny jest.
Niby to tylko zwykły gest,
niby to tylko mina zwykła,
jednak jest w niej moc niezwykła.
Raduj się życiem, że rano wstałeś
i śpiew słowika usłyszałeś.
Wesel się słońcem, że w twarz tobie świeci.
Uśmiechnij się, gdy widzisz bawiące się dzieci.
Szczęście niech ci niesie jesienna słota,
zimą zaś nakarm głodnego kota.
Po zimie wyglądaj za śladami wiosny,
a dziewczynie napisz jakiś wiersz miłosny.
Wiosną żyj pełnią życia, narodź się na nowo!
Szarą ścieżkę życia, pomaluj na kolorowo!
Na końcu lata, pomyśl nad swą egzystencją.

Smutne, że już ptaki do ciepłych krajów lecą.
Życie nie jest złe, życie jest wspaniałe.
Trzeba tylko docenić te najpiękniejsze detale.

Autor wierszy: Maciej Onaszkiewicz
II miejsce w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

ZOOLOGIA ISTNIENIA
jestem ćmą
która na oślep uderza o szklany
przezroczysty abażur Twojego wnętrza
odczuwając niegasnące pragnienie
spłonięcia w drgającym
płomieniu chwili
jestem gazelą
która czujnymi zmysłami
wyczuwa z oddali Twoją obecność
zniewalając instynktownie
esencją
kobiecego wdzięku
jestem pszczołą
która wzlatuje z utęsknieniem
powiewem Twojego oddechu
by nieść Ci słodki smak
rozkoszy

jestem ważką
która nieruchomieje nad Twą sylwetką
muskając drżącymi skrzydełkami
rozmaitą przestrzeń azylu
cielesności
jestem rozgwiazdą
która niezliczonymi ramionami
spowija Twoje ciało niczym zdobycz
setkami niecierpliwych nóżek
wędrując po jego
tajemniczych wzniesieniach
jestem meduzą
która błękitnymi parzydełkami
drażni zakamarki Twoich receptorów
truskawkowe czułka
sączą nektar
nieposkromionych uniesień

Autorka wierszy: Marta Romanowska
I miejsce w kategorii poezja: Młodzież ze Szkół Średnich

Pracę plastyczną wykonała: Weronika Boraczyńska

DO NARCYZA
Myślisz, że masz ładne włosy,
Myślisz, że masz piękne oczy,
Myślisz, że masz ironiczny śmiech – czasem sarkastyczny,
A ja:
Twierdzę, że masz ładne włosy,
Twierdzę, że masz piękne oczy,
Twierdzę, że masz czarujący uśmiech – nie ironiczny lecz magiczny,
Dlatego do kwitnącego na żywej łące kwiatu narcyza Cię przyrównuję,
Bo wygląd jego w słońcu – piękny, wspaniały, kunsztowny,
A zapach jego niby powiew wiosny, z charakterem Twym kojarzy mi się
– delikatny, miły, inspirujący…

Autor wierszy: Adrian Czarnow
wyróżnienie w kategorii poezja: Młodzież ze Szkół Średnich

TAJEMNICA NAWIEDZONEGO DWORU
W spokojnym mieście Stare Wierzby mieszkała czteroosobowa rodzina
Złotników. Wiedli normalny tryb życia, do pewnego czasu. Mama
Karolina nie pracowała, więc zajmowała się domem. Natomiast tata
Artur pracował w nieruchomościach, sprzedawał i kupował domy lub
mieszkania. Był tak bardzo pochłonięty swoją pracą, że brakowało mu
czasu dla dzieci i żony.
Szesnastego marca, w piętnastą rocznicę ślubu Złotników, Karolina
w pięknej krwistoczerwonej sukience przed kolano z dużymi
kolczykami pod kolor, czarnymi smukłymi szpilkami, które doskonale
komponowały się z jej czarnymi jak heban włosami, czekała na
ukochanego z kolacją. Przygotowała ulubioną potrawę mężczyzny –
cytrusową sałatkę, białe wino i krewetki. Świece oświetlały duży
drewniany stół, przykryty odświętnym śnieżnobiałym obrusem
z małymi ozdobnymi serduszkami. Czekała i czekała…
Ku rozczarowaniu Karoliny, Artur długo nie wracał z pracy,
więc się zdrzemnęła. Aż nagle usłyszała dzwonek do drzwi dobiegający
z korytarza. To był właśnie Artur.
Trzymał w ręku ogromnego misia z napisem ,,Kocham Cię skarbie’’.
Młoda kobieta nie odwzajemniła entuzjazmu męża.
– Nie widzisz, co zrobiłeś? Miałeś być na osiemnastą, a jest dwudziesta
pierwsza!
– Co ty sobie wyobrażasz? Że będę czekać na Ciebie pół dnia! Co to, to
nie – krzyknęła pani Złotnik!

– Ależ kochanie, oj, nie denerwuj się. Przecież wiesz, że ja pracuję tłumaczył się Artur.
– Ty wiecznie pracujesz! Nie masz dla nas ani chwili czasu. Jakim jesteś
ojcem, jakim mężem dla mnie! Czy nie widzisz tego? Idę się przebrać,
niepotrzebnie się wystroiłam – z wyrzutem mówiła Karolina.
Artur usiadł na wiklinowym bujanym fotelu przy kominku. Zasłonił
dłońmi oczy i rozmyślał: ,,Czy ja robię coś źle?’’ I w pewnym momencie
wpadł mu do głowy pewien pomysł! Poszedł schodkami na górę
i zapukał do drzwi sypialni, w której siedziała smutna małżonka.
Otworzyła drzwi, starał się uśmiechać jak najszczerzej potrafi.
– Kotku, Karolinko… A może w piątek pojedziemy nad jezioro… Tak
dawno tam nie byliśmy. Dzieci się popluskają a my pobędziemy razem.
To w ramach nieudanej rocznicy – mówił z nadzieją w oczach. Żona
spojrzała na Artura i lekko skinęła głową.
– Dobrze, kochanie. Zgadzam się. Zejdę na dół posprzątam w kuchni.
– Pomogę Ci.
Następnego dnia rodzina wybierała się nad jezioro. ,,Dzyń dzyń’’!
– Telefon dzwoni – oznajmiła Ania – córka Złotników. Odebrała mama.
Akurat tata wyszedł z piwnicy.
– Kto dzwonił? – zapytał.

– Ach, jakiś pan z biura. Mówił, że ma niepowtarzalny dom do
sprzedania i jeśli jesteśmy zainteresowani, to musimy niezwłocznie
udać się na ulicę Czarnego Drzewa 13 A. Nic szczególnego.
– Coo? – krzyknął Artur – Nic szczególnego? Taka szansa może się już
nie powtórzyć! Zajedziemy po drodze nad jezioro – zdecydował pan
Złotnik.
Miny dzieci zrzedły. Mama, widząc to, popatrzyła wymownie na
swojego ukochanego. On zaś dwoma dużymi krokami znalazł się na
pierwszym piętrze i ubrał się jak przystało na szefa nieruchomości.
Stalowy kolor garnituru idealnie pasował do niego. Czarne buty
i krawat wystający spod marynarki także dodawały mu klasy.
Zacierając ręce rzucił hasło: ,,Ruszamy”. Uruchomił samochód!
Ulica, na której znajdował się majestatyczny dom, była oddzielona
gęstym lasem od centralnych ulic w mieście. To jednak w żaden sposób
nie

zniechęciło

mężczyzny

do

obejrzenia

tej

nieruchomości.

Przemieszczali się wąską szutrową drogą. Wokoło rosły gęste i wysokie
drzewa, jedno przy drugim. Światło mało kiedy tu docierało, ponieważ
korony drzew łączyły się ze sobą.
– Czy my jedziemy przez Puszczę Białowieską, czy jak? – spytała Ania
z wyrzutem.
– Córeczko opanuj emocje, już dojeżdżamy – odpowiedział tata.
Mama z dziećmi nie podzielała entuzjazmu ojca.
– Rzeczywiście ogromny ten dom – przyznała z zaniepokojeniem
Karolina.

Willę otaczało wysokie ogrodzenie całe w pajęczynach

i centymetrowym kurzu. Od samego początku wzbudziło to niechęć

u młodego Mateusza – syna Złotników. Natomiast Artur zdecydowanie
zastukał kołatką w kształcie ducha w bramę wejściową. Pukał i nic, nikt
nie

otwierał.

Zapukał

tak

jeszcze

kilkakrotnie.

Bez

skutku.

Zrezygnowany wsiadł do samochodu i kiedy miał uruchomić silnik,
brama wjazdowa sama się utworzyła, jakby zapanowała nad nią jakaś
obca siła. Wysiedli z auta.
Artur kroczył z wypiętą piersią, zaś żona z dziećmi trzymali się dalej.
Z obawą stawiali kroki. Na środku placu stał dom, niczym wielki pałac
koloru ciemnofioletowego. Składał się z trzech pięter i strychu. Drzwi
sięgały aż do pierwszej wieżyczki gmachu. Ich kolor przypominał
barwę dorodnych piwonii. Drzwi okalały wykute zygzaki i poplątane
zawijasy.
Z prawej i lewej strony znajdowały się monumentalne okna przykryte
grubymi pistacjowymi zasłonami, powleczonymi szorstkim czarnym
sznurem. Im wyżej sięgali wzrokiem, tym okien było mniej. Na samym
szczycie, wydawało się, stał sztuczny czarny kruk, umocowany na
chwiejącej się podstawie. Widać było, iż budynek składa się z wież
i wieżyczek oplecionych bluszczem.
Rodzina nie musiała pukać. Drzwi same się otworzyły i zaprosiły do
środka. Ani zalśniły oczy z zachwytu, kiedy ujrzała wnętrze tego
wielkiego domu. Czerwony dywan zajmujący całą karmelową podłogę,
był pod kolor abażuru lamp, stojących na niewielkich półkach w rogu
pomieszczenia.
Ściany przypominały barwę greckiego piasku. Widniały na nich
starożytne

arrasy.

W

wysokim

kredensie

za

przeźroczystymi

drzwiczkami prezentowała się wspaniała zastawa stołowa. Wiklinowy
stolik, na którym paliły się świeczki i perłowe fotele przykuły uwagę

gości. Na jednej ze ścian znajdował się granitowy kominek wykładany
cegłami.
– Jak pięknie! Nie można oderwać wzroku od tych wszystkich pięknych
rzeczy – oznajmiła matka łapiąc się za policzki.
– To wszystko prawda, tylko gdzie tu jest jakaś żywa dusza? –
żartobliwie uciął ojciec. Przez chwilę dumali w ciszy, aż nagle usłyszeli
skrzypiące drzwi. Zgasło światło i się zaświeciło. Znikąd pojawił się pan
w podeszłym wieku z siwymi baczkami i rzadkimi włosami na czubku
głowy. Ubrany był w staromodny smoking czarnego koloru. Był
dziwnie blady i swą powagą intrygował Złotników.
– Witajcie! Dziękuję za natychmiastowe przybycie – szorstko
powiedział.
– Jestem Artur Złotnik, to moja żona Karolina i dzieci – Ania oraz
Mateusz.
– Pański dom jest magiczny! Wprawdzie mój tato wiele opowiadał mi
o domach jakie zwiedzał, ale nie było w tych opowieściach jeszcze
takiego! – z przejęciem powiedział Mateusz. Nie okazując żadnego
entuzjazmu starszy pan, o imieniu Zygmunt, wpatrywał się w nich nie
mrugając oczyma.
– Czy mógłby pan opowiedzieć nam o tej posiadłości? – zapytała Ania.
– Skoro nalegasz – mruknął Zygmunt – osiemdziesiąt lat przed moimi
urodzinami nazwano to miejsce ,,Nawiedzonym Dworem’’. Ma to
związek z tajemniczym przejściem do Aniołopolis. To kraina Aniołów.
Mój ojciec z dziadkiem, którzy byli naukowcami szukali tego przejścia,
lecz na marne. Nawet ja szukałem, ale na próżno. Po tych nieudanych

próbach stwierdziliśmy, że tylko wybrańcy mogą otworzyć magiczny
portal
i odwiedzą Anioły.
– Ależ to zajmujące i czarujące! – rzekła Ania. Nagle rodzina usłyszała
szmer szumiących drzew, powiew silnego wiatru, niebo zrobiło się
granatowe.
Wnet rozpętała się silna burza i lunął ulewny deszcz. Zygmunt poprosił
gości, by poczekali aż ustąpi i w tym czasie skosztowali wytwornych
potraw przygotowanych przez gosposię Wiolettę.
– Naprawdę ten oszołamiający dom wzbudza we mnie uczucie, jakbym
już tutaj był – z przekonaniem wtrącił Artur. Kiedy Zygmunt się oddalił
cała gromada postanowiła odnaleźć tajemne przejście. Mijając
korytarze pełne pustych zbroi, nic szczególnego nie rzuciło im się
w oczy. Nagle usłyszeli donośne kroki.
– Ktoś idzie! – szepnęła Karolina. Nie mieli się gdzie schować, więc
otworzyli zbroje, wewnątrz których przeczekali. Przez szpary ujrzeli, że
to Wioletta. Nagle poczuli jak zsuwają się w wąską i ciemną szczelinę.
Słyszeli się nawzajem. Był to znak, że są blisko siebie. Krzyczeli
w panice! Aż w końcu wpadli do niesamowitego pomieszczenia! Miejsce
to przypominało mroczną skalistą grotę.
– Gdzie my w ogóle jesteśmy! No, pięknie! – powiedział Mateusz.
– Proszę Was, zastanówmy się, gdzie my jesteśmy i jak stąd wyjść! –
denerwował się tata dzieci.
– Nie kłóćcie się już. Spójrzcie jakie światło! – szepnęła Karolina. Blask
wydobywał się zza podłużnych drzwi, wykonanych z desek. Kiedy mieli

przekroczyć próg, spadający z góry wielki ostry niczym brzytwa głaz,
przeleciał przed nosem Artura.
Złotników zamurowało! Jednakże pomimo strachu, który ciężko jest
opisać, uszli z tego cali i zdrowi. Krocząc niepewnie, odczuwali uścisk
w brzuchu i mrowienie na całym ciele. Po chwili zobaczyli młodą
kobietę z włosami niczym ogniste sprężynki rozwiane na wietrze.
Ślicznie pachniała konwalią. Miała na sobie białą sukienkę i błękitną
wstążkę oraz perłowe balerinki. Miała w sobie coś, co mógł mieć tylko
anioł.
– W jakim celu przybywacie? – powiedziała cichym głosem.
– Właściwie to nie wiemy. Trafiliśmy tu zupełnie przypadkowo –
powiedziała Ania.
– Nie bójcie się zapraszam was do Aniołopolis. Nazywam się Sara.
Otoczyły ich śnieżnobiałe kłębiaste chmury. Potem ujrzeli światło
i oślepiający złoty blask. Wówczas ukazały im się uroki tej
zaczarowanej krainy.
Wszystkie anioły słyną z tego, iż grają na harfie i śpiewają. Wszędzie
można spotkać tu harfy na chmurach, biurkach i innych sprzętach.
Domy są

śnieżnobiałe, tylko firanki zasłaniające okna są koloru

niebieskiego. Jest w tej krainie mnóstwo szkół baletowych, śpiewu
i nauki gry na instrumentach. Panuje pokój i zgoda. Wszystkie te
informacje nagle napłynęły im do głowy, tak jak gdyby żyli tu od
wieków.

– Jesteście wybrańcami – weszliście do naszego świata, a to nie zdarza
się każdemu – powiedziała Sara. Z zachwytu zarumieniły się jej
policzki.
– Nie rozumiemy, co chcesz nam przekazać, lecz dziękujemy za waszą
gościnność – wypowiedziała się mała Ania.
– Jak tu trafiliście? – zapytała.
– Z oglądanego przez nas domu zwanego ,,Nawiedzonym Dworem’’ rzekł Artur.
– Słucham?! Nigdy tam nie wracajcie. Żyje tam wieczny duch Zygmunt,
którego celem jest znalezienie wybrańców, którzy poprowadzą go do
naszej krainy. Zygmunt należy do aniołów ciemności i chce naszej
zagłady.
Rodzina wymieniła pomiędzy sobą spojrzenia, zupełnie nie wiedzieli co
mają począć.
– Więc jak my stąd wyjdziemy? – zapytała żona Artura.
Wtedy spojrzała na unoszący się obłok. Złotniccy uśmiechnęli się
widząc swoją szansę powrotu do domu.
– Wsiadajcie – krzyknęła Sara. Wsiedli więc na obłok i polecieli.
Sterowała anielica. Wysadziła rodzinę pod ich domem przy ulicy
Owocowej 48 C. Pomachała im na pożegnanie i odleciała.
Stojąc przed domem ujrzeli rozgniewanego Zygmunta z całą armią
aniołów ciemności biegnących ku rodzinie. Biegli, biegli coraz szybciej,
prawie dotknęli Karolinę, aż nagle…..

Karolina obudziła się z dużym bólem głowy, spojrzała w lustro
i stwierdziła z ulgą,

że to był tylko sen.

Autorka prozy: Kornelia Kozak
wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

,,NIESAMOWITA, GÓRSKA WYCIECZKA''
Ludzie żyją sobie spokojnie w XXI wieku. Nawet najmądrzejsi uczeni
Ziemianie, nawet ci, którzy na co dzień zajmują się kosmosem nie
odkryli czegoś … co wydawałoby się proste.
Od jakiegoś czasu ludzie podają teorie o istnieniu wielu innych
galaktyk, nie licząc naszej – Mlecznej Drogi. Wielu… Tylko, ilu?
Jedną z nich jest Zoologia. Tak! To właśnie nazwa tego układu
słonecznego. Na jej terenie leży kilka, niezwykłych planet. Na przykład,
o wiele większa od Ziemi-Mruczycie.
Mieszkańców tej planety nazywa się Mruczaninami. Dzielą się na rasy:
zieloną, białą, żółtą. Mruczanianie rasy białej to ci, których skóra nie
jest do końca biała, ale ma odcień zielony, najjaśniejszy jaki tylko
występuje
w palecie barw. Żółci Mruczanianie mają skórę dokładnie żółtozieloną.
A rasa zielona – zaliczamy do niej Mruczanian o barwie wyraźnie
zielonej. Jednym słowem skóra każdego Mruczanianina ma odcień
zieleni w swojej barwie.
Na terenie tej planety jest aż tysiąc krajów, m.in. Puszek. W nim
dominują tereny zalesione. Wyróżnia się aż sto dziewięćdziesiąt
dziewięć lasów w tym: dziewięćdziesiąt liściastych, pięćdziesiąt

iglastych, dziewięć mieszanych i pięćdziesiąt kamiennych. Lasy
kamienne to takie, gdzie drzewa mają pnie z kamienia, liście z cegieł.
To te, do których zabrania się wchodzić. Powstały one nie w sposób
naturalny, ale poprzez wybuch elektrowni atomowej w 3456r. Nie dość,
że zginęło wtedy ponad dwustu pięćdziesięciu Mruczanian, to jeszcze
dawniejsze lasy liściaste i mieszane zmieniły się w lasy kamienne. Na
terenie kraju leży aż sto jezior. Na północy granicę wyznacza Morze
Różowe. Przy jego brzegu znajduje się

najbardziej rozległa plaża

w kraju. Jest to plaża kamienna.
Puszek liczy trzydzieści siedem miejscowości. Jednym z nich jest
Kociaczkowo. We wsi mieszka trzynaście rodzin. W ich skład wlicza się
rodzinę Zielonawych. Jej członkowie słyną z osiągnięć sportowych. Pan
Marek Zielonawy był mistrzem kraju w piłce nożnej dwa razy,
a ponadto z drużyną narodową został mistrzem planety. Obecnie Marek
Zielonawy jest prezesem Związku Piłki Nożnej kraju Puszek. Dorota
Zielonawa – żona pana Marka – zdobyła cztery mistrzostwa Puszka
i dwa mistrzostwa planety w hokeju. Teraz Dorota jest stomatologiem.
Ich córka gra w szkolnej drużynie siatkówki, ma na imię Basia. Druga
córka państwa Zielonawych – Ula ma pięć lat. Na razie bardzo lubi
rysować.
Jedyny syn Borys, nie przejawia ochoty do sportów. Bardzo lubi szkołę,
a zwłaszcza lubi uczyć się tam języka puszkowego, historii Kraju Puszek
i Puszkografii (to geografia po „puszkowemu”). Borys uwielbia również
wszelakie przygody. Niezależnie czy to zwykła podróż poza kraj,
czy klasowa wycieczka, Borysowi zawsze się to podoba.
Zbliżał się koniec roku szkolnego, co znaczy, że dzieci jadą na
wycieczkę w góry, by zdobywać najwyższe szczyty kraju.

Znajdują się one w największym paśmie górskim, które nazywa się
Pazury.
– Do Pazur jadą nie tylko ci, którzy chcą i ci, którym pozwolą rodzice powiedziała na lekcji wychowawczyni Borysa – Jadą ci, którzy zasłużą
ocenami. Jeżeli wasze stopnie nie zadowalają nauczycieli, nie jedziecie.
Ponadto…
Borys nie słuchał już nauczycielki. Chłopiec myślami był już w górach,
już podziwiał piękną panoramę widoczną ze szczytu.
Nadszedł ten dzień.
– Moja torba pierwsza!
– Nie, moja!
– Przestańcie się kłócić, bo nie pojedziecie i zostaniecie razem
z waszymi torbami.
Borys to uwielbiał: mnóstwo niewyspanych uczniów, którzy
przepychają się, by zająć ulubione miejsce w autobusie, podczas gdy on
już siedział na miejscu wraz z najlepszym przyjacielem Miłoszem. Już
wcześniej pożegnał rodziców, zdążył oddać torbę z rzeczami panu
kierowcy. Teraz chciał tylko znaleźć się w górach, chciał znów
posmakować przygody.
– Oto chłopaki jest nasz pokój – powiedział Borys otwierając kolegom
drzwi – zajmuję tamto łóżko! – krzyknął wskazując mały tapczan
znajdujący się pod ścianą.
W pokoju przez najbliższy tydzień będzie mieszkał z najlepszym
przyjacielem i kolegą, którego również lubił, ale nie tak bardzo jak
Miłosza. A owym kumplem był Hubert Kichalski. Koledzy śmiali się
z tego, iż Borys z Hubertem wyglądają jak ojciec z synem. Pod
względem wzrostu oczywiście, ponieważ Hubert mierzy zaledwie metr

i czterdzieści centymetrów, podczas gdy Borys aż metr i sześćdziesiąt
dwa centymetry. Jednak dopiero dziś Borys przyjrzał się dokładnie
koledze.
Miał on zieloną skórę. Jego włosy były krótkie i czarne, a oczy
opalizowały niebieską barwą. Nos był lekko zadarty. Warto również
dodać, iż był szczupłym chłopcem. Ubrał się dziś w czerwoną koszulkę
z białym napisem na plecach – HUBERT. Założył krótkie, szare dresy
i brązowe sandały.
– Borys widziałem niedaleko sklepik. Chciałbym się tam rozejrzeć powiedział Miłosz, zwracając się do przyjaciela – Idziesz ze mną?
– Pewnie, że idę – odpowiedział Borys, a potem zwrócił się do Huberta:
– Masz klucz od pokoju. Nie wychodź nigdzie, bo nie będziemy
wiedzieli, gdzie cię szukać – powiedział Borys, po czym dał klucz
koledze i wraz z Miłoszem wyszedł. O godzinie 18.00 Borys wraz
z innymi dziećmi z klasy poszli na spacer, w góry.
– MIŁOSZ! – krzyknął przerażony Hubert – uważaj!
– Wyluzuj, wszystko ok – odparł zdziwiony Miłosz. Szedł przecież
spokojnie, uważał na ogromną przepaść obok niego.
– Ach – westchnęła pani Chińska.
To

właśnie

ona

była

wychowawczynią

Borysa.

Teraz

zachwycała się pięknymi, malowniczymi widokami, które podziwiała ze
szlaku. Pani Chińska była osobą tak samo jak Borys uwielbiającą
podróże. Najbardziej lubiła góry.
– Dobrze jest być mieszkanką tej planety i tego kraju. Chyba nigdzie
indziej nie ma takich krajobrazów jak właśnie tu.
Po słowach nauczycielki nagle zrobiło się ciemno. Borys i reszta jego
kolegów poczuli chłód. Bursztyn (największa gwiazda w galaktyce
Zoologia) została zakryta chmurami.

Nikt nie wiedział, co się dzieje. Czy to zaćmienie Bursztynu? Nie!
Następne przewidywano dopiero za siedem lat! Więc czym było to
zjawisko?
– Proszę p-p-pani…- zaczął przerażony Michał, ale zanim spytał ,,co to?"
odpowiedź nasunęła się sama.
To nazywa się ,,udowodnieniem legendy". W tym przypadku ,,Legendy
o Kamiennych Kolosach". A w niej „Kolosy” – czyli ogromne, kamienne
olbrzymy.

Toczyły

wojny,

polegające

na

rzucaniu

w

siebie

monumentalnymi głazami. Jedyne na co w tej sytuacji miał nadzieję
Borys, to żeby, tak jak w legendach, wojna kolosów nie trwała wiecznie.
– Borys, NIE! – krzyknął Miłosz do zamyślonego kolegi, po czym rzucił
się na niego i przewrócił razem z nim. Chciał w ten sposób uchronić
kolegę od lecącej w jego stronę skały. Borys ocknął się i spojrzał nań ze
zdziwieniem.
– D-dz-dzięki – wyjąkał.
– Nie masz za co – powiedział przyjaciel Borysa.

Dysząc, padł na

piaszczystą ścieżkę. Jego zielone oczy zwróciły się w stronę kolegi.
– Nie zamyślaj się tak, zwłaszcza w górach – odparł wreszcie.
Teraz obydwaj leżeli pod wielką półką skalną i usiłowali się uspokoić .
– Miłosz – zaczął lekko przestraszony Borys – Co to jest?
– Ale, że niby… o kurczę! Skąd to się tutaj…?
Dwaj koledzy patrzyli na ogromną rozpadlinę w skale. Od razu
nasunęła się im jedna myśl – to jaskinia!
– Chodź – rzekł Miłosz do Borysa i pomógł mu wstać. Podniósł z ziemi
gruby kij i zrobił coś bardzo dziwnego.
– Dlaczego rozrywasz swoją koszulkę? – spytał Borys.
– Chcę zrobić pochodnię – odparł Miłosz – Masz zapałki?
– Nie – rzekł Borys chichocząc – ale mam to – i wyjął z przewieszonej
przez ramię torby latarkę.

Miłosz podszedł z uśmiechem do kolegi i już wyciągał rękę, by wziąć
latarkę, kiedy Borys cofnął rękę. Najpierw zapytał Miłosza:
– Chcesz tam wejść? – wskazał na jaskinię.
-Tak. Chyba nie masz zamiaru stracić takiej okazji? – zapytał zdziwiony
Miłosz, patrząc wielkimi oczami na kolegę.
– Okazję… Na co? Na pewną śmierć!?
– Nie, na przygodę – odpowiedział przyjacielowi Miłosz. – Myślałem,
że lubisz przygody. A może po prostu się boisz?
– CO? Ja się nie boję! – rzekł oburzony Borys – Idziemy! – i ruszyli
w stronę jaskini.
Było tam

bardzo ciemno. Z sufitu zwisało nieskończenie wiele

srebrnych stalaktytów. Światło latarki odbijało się od ścian, po których
spływała krystaliczna woda. Idąc po śliskiej posadzce Miłosz
przewrócił się, ale po chwili znów szedł przed siebie. Mijali wiele wejść
do korytarzy i tuneli drążonych w ścianach.
– To jest… po prostu piękne! – powiedział zachwycony Miłosz.
– No… nie ukrywam… – odparł Borys. Rozglądał się na wszystkie strony
przyświecając sobie latarką.
– Spójrz, tam coś się żarzy! – rzekł Miłosz. W jego głosie Borys dosłyszał
nutę przerażenia. – Sprawdźmy to.
Gdy chłopcy doszli na miejsce ich oczom ukazał się niecodzienny
widok. Na małym obszarze leżało mnóstwo kamieni. Stąd chłopcy
najlepiej widzieli rzekę lawy, płynącą spokojnie w dół zbocza.
Kamienie usuwające się spod butów wpadały do strumienia, powodując
małe wybuchy.
Borys i Miłosz zastanawiali się: ,,Czy ich klasa na pewno wchodziła na
szczyt góry, czy może na wierzchołek wulkanu?!
Pani Chińska mówiła, że jadą w góry…

Miłosz nie zdążył głośno zadać pytania. Ziemia pod nogami chłopców
zaczęła się trząść. Strasznie się zdziwili. W oczach każdego z nich
można było dostrzec przerażenie. Puścili się biegiem przed siebie.
Kiedy Miłosz zerknął do tyłu, natychmiast odwrócił głowę od tego, co
zobaczył. Krzyknął do Borysa, by się pośpieszył.
– Robię, co mogę! Również się odwrócił. Zrozumiał, czemu Miłosz tak go
ponaglał. Za nimi płynęła rzeka lawy. Sunęła tym samym korytarzem,
którym uciekali. Najdłuższe stalaktyty spalały się, gdy strumień gorącej
magmy dotykał ich końców.
Chłopcy widzieli już światło dzienne! Borysowi brakowało

tchu,

Miłoszowi plątały się nogi. Jednak obaj wiedzieli, że nie mogą zawieść
reszty klasy, wychowawczyni. Gdy byli już bardzo blisko, Borys
poślizgnął się na śliskiej od wody posadzce. Sunął na plecach przed
siebie, po drodze przewracając Miłosza. W tych dziwnych pozycjach
koledzy dotarli do końca. A gdy wydostali się z jaskini, wstali
i odetchnęli z ulgą. Chyba o czymś zapomnieli…
– Borys lawa! – krzyknął Miłosz.
– O kurczę! – odpowiedział Borys – Racja!
-To chyba nasz koniec – powiedział z przerażeniem Miłosz. Wtem głazy,
które okalały wejście do jaskini drgnęły. Runęły i zablokowały wejście
do jaskini. Rozpalone zaczerwieniły się, ale nie ustąpiły gorącemu
nurtowi.
– Borys – wydyszał Miłosz patrząc na przyjaciela – To są Czerwoniaki.
Głazy odporne na wszystko, co może je zniszczyć!
– Na przykład lawa?
– Tak. Na przykład lawa.
Chłopcy patrzyli na czerwone z natury skały, którym lawa zmieniła
kolor na ciemny, szkarłatny. Te właśnie niepozorne, niezniszczalne
kamienie uratowały im życie. Zaraz, zaraz! Kto wprawił je w ruch?

Pył, który wzniósł się w powietrze, po tym jak kamienie się ruszyły,
zakrył wszystko. Dopiero po kilku chwilach opadł. Borys i Miłosz
zobaczyli dzieci z klasy, to zapewne one pchnęły kamienie.
Niedługo po tym wszystkim Międzynarodowe Górskie Pogotowie
Ratunkowe zabrało ze szlaku całą klasę. Teraz pozostało tylko
dowiedzieć się, co było przyczyną niefortunnego trzęsienia ziemi, które
obudziło wulkan! Ale to nie wszystko. Jak uzasadnimy wojnę Kolosów?
Czyżby legenda była prawdą…
– Synku, obiad! – krzyknęła mama do piszącego pracę na konkurs syna.
– Już, pozwól mi skończyć – odrzekł chłopiec.
– Nie! Na obiad wołam cię teraz. Zdążysz jeszcze skończyć pracę.
,,Otwarte drzwi" przecież się nie zamkną…

Autor prozy: Wojciech Borysewicz
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

SIEDEM DNI Z WAKACJI
21 lipca 2013 r. 1600
Jak co roku przyjechaliśmy do nadleśnictwa Szwalewo. To około trzy
kilometry
od wsi Siemiany. Jadąc tam z Morąga, mijamy piękny las. Nie wiem jak
się nazywa, ale po dwudziestu minutach drogi zawsze przez niego
przejeżdżamy.
Moja kuzynka Ola i mama, tak jak zwykle przyjechały dzień wcześniej,
aby zrobić porządki w domku. Na polanie znajduje się pięć chatek oraz

łazienka i kuchnia. Trzy z nich należą do szkoły w Iławie, w której moja
babcia uczyła polskiego.
Pozostałe dwa należą do leśniczych i jeszcze nigdy ich nie
wynajmowaliśmy. Domki leśniczych mają łazienki i kuchnie wewnątrz,
ale szkolne – nie.
Między drzewami znajdują się schody, którymi można zejść do jeziora
Urowiec. Przynajmniej raz dziennie chodzimy się w nim kąpać
i skaczemy z już dość starego i trochę dziurawego pomostu. Z drugiej
strony polanki jest nie tak stroma, lecz za to zarośnięta dróżka, która
prowadzi do łódek. Z nich mój dziadek i czasem ja lub Ola łowimy ryby.
22 lipca 2013 r. 900
W końcu drugi dzień! Na dziś mamy zaplanowane wyjście nad Jezioro
Jasne. Kiedyś pytałam dziadka, czemu się tak nazywa, a on mi
odpowiedział:
„Nazywa się tak, ponieważ ma tak małą kwasowość, że nie ma w nim
żadnych ryb i roślin.” Nie za bardzo rozumiałam, co to jest kwasowość,
bo miałam zaledwie siedem lat. Mimo, że minęło pięć lat, wciąż nie
wiem dokładnie, o co chodzi. Ale mniejsza o to. Chciałam opisać naszą
wycieczkę i zrobię to od razu jak przyjdę. A teraz muszę iść na
śniadanie.
22 lipca 2013 r. 1400
Już wróciliśmy. W drodze nad jezioro nazbieraliśmy cały koszyk
grzybów i zaraz będziemy je przebierać. Ja znalazłam prawie same
zajączki, ale trafił mi się też jeden borowik. Wśród grzybów znalazły się

również: maślaki, kurki, podgrzybki, kozaki, opieńki i jeden mały
muchomorek pomylony z kanią.
W połowie drogi usłyszałam jakiś szelest za plecami, a chwilę
później stanął przed nami zając. Miał chyba największe uszy, jakie
kiedykolwiek widziałam! Po dotarciu na miejsce, wszyscy usiedli na
ławeczce, a ja poszłam na sam brzeg jeziora i bawiłam się z żabami.
Jedna była malutka i brązowa, druga trochę większa – zielona. Ani się
obejrzałam i trzeba było się zbierać.
W drodze powrotnej zobaczyliśmy żmiję.
To dość częsty widok w tamtym lesie i jego okolicach. Kiedyś o mało na
jedną nie nadepnęłam, bo myślałam, że to zwykły patyk. Kiedy
zobaczyłam, jak jej główka się porusza, aż zdębiałam z zaskoczenia!
Gdy przyszliśmy znad Jasnego, okazało się, że trzeba pójść do
sklepu w Siemianach. To około pół godziny drogi piechotą. Zgłosili się
moi kuzyni – Kuba, który ma dwadzieścia cztery lata i Paweł o rok
młodszy.
Nie miałam co robić, więc poszłam z nimi. W pobliżu drogi na
polance pasły się dwie kozy – jedna większa, a druga mniejsza. Chłopcy
chcieli zrobić zdjęcie kóz, ale w pewnym momencie za bardzo się
zbliżyli
i starsza z nich odwróciła się i tak ich pogoniła, że w trzy minuty byli
pod sklepem! Mnie oczywiście zostawili, uciekając przed kozą.
Dołączyłam do nich dopiero po jakimś czasie. Dziś opisałam już chyba
wszystko i teraz idę zjeść obiad – gołąbki mojej cioci! Pycha!

23 lipca 2013 r. 600
Dość wcześnie dzisiaj wstałam, bo obudził mnie śpiew jakiegoś ptaszka.
To chyba kukułka. Później muszę o to spytać babcię. Spałam dobrze,
choć było trochę zimno. Ale, ale! Nie opisałam jeszcze naszego
drewnianego

domku!

A więc, są w nim trzy pokoje. Pierwszy – główny, tam śpią moi
dziadkowie. Jest tam też szafa, w której trzymamy „suche” jedzenie np.
płatki lub to, co nie musi stać w lodówce. Ten pokój widać jako
pierwszy, gdy wchodzi się do środka z tarasu. Przy samych drzwiach
wisi duże, zdobione lustro oraz wieszak na płaszcze. Pod oknem
wychodzącym na ganek jest dodatkowe jedno łóżko. Drugi pokój najmniejszy, jest mojej kuzynki. Ona śpi tam sama. Mieści się tam tylko
łóżko i malutka szafka. Ostatni pokój jest mój i mamy. Wielkością
dorównuje pierwszemu. Też jest w nim szafa, która nigdy nie chce się
zamknąć. Przy drzwiach przykręcone są cztery haczyki, zapełnione
bluzami, kurtkami i jedną torebką. Białe firanki i pomarańczowe
zasłony lekko powiewają przy wiaterku, gdy mamy uchylone okno.
Jeżeli chodzi o domek to już wszystko. Jakieś dwadzieścia
metrów naprzeciwko znajduje się łazienka – jedna kabina prysznicowa
i trzy toalety oraz długi zlew. Obok łazienki jest kuchnia.
Jeszcze nie zdarzyło się, żeby dziadek nie musiał czegoś tam
naprawiać.
W tym roku to drzwi od lodówki. Musimy je podpierać kijem, bo inaczej
się otwierają. Oprócz tego wszystko działa znakomicie. Kuchenka, zlew
i światło. Dalej jest teren leśniczego z psami, które wiecznie szczekają,
kiedy się obok przechodzi. Kiedyś poznałam tam „koleżankę”. Miała na
imię Józia i uwielbiała pomidory i mlecze, bo była świnką.

W domkach leśniczych też jest wiele dzieci. Rzadko w moim
wieku, ale i tak miło, że mam się z kim bawić. Raz poznałam Ewelinę.
Miała siedem operacji, bo urodziła się z chorym sercem. Bardzo ją
lubiłam, ale straciłyśmy kontakt. Kiedy indziej przyjechała trójka dzieci.
Wiktor – o rok młodszy, Julka – w moim wieku oraz Ksawery – również
o rok młodszy. Spotkałam ich tam dwa lata z rzędu.
Świetnie z nimi się spędzało czas.
Zapomniałam dodać, że nad jeziorem nie ma plaży. Za to obok
domków jest piaszczysty teren do gry w siatkówkę. Nazywamy go
plażą. Kiedyś była tam siatka
do siatkówki, ale została zniszczona. Pozostał z niej tylko sznurek.
Dziś wybieramy się nad Czarne.
To jedno z bagien w okolicy. Jest najładniejsze i prowadzi do
niego najciekawsza droga. Kiedyś, już obok bagna, ziemia pod trawą
była tak wypłukana, że jak się postukało w podłoże, słychać było głuche
echo.

Bagno ma około dziewięciu metrów głębokości i to przy

samym brzegu! Dlatego jest tam pomost, z którego łatwo można
obserwować żabki siedzące na liliach wodnych.
Tak się rozpisałam, a tu już trzeba wstawać! Potem coś jeszcze
dopiszę.
23 lipca 2013 r. 1900
Wróciliśmy już dawno. Zjedliśmy obiad, dziś były krokiety.
A teraz się rozpadało i nie wygląda, żeby miało przestać. Babcia
zaproponowała wszystkim grę w karty, ale ja na razie niespecjalnie
mam ochotę grać. Podstawiłam pod dach na ganku miskę i zobaczę, ile
wody nakapie do niej z rynny. Ola znowu ograła resztę rodzinki. Ja na

dziś kończę pisać i idę z nimi zagrać, bo się znudziłam patrzeniem
na kapiącą wodę.
24 lipca 2013 r. 1500
Robię pochodnię. Składa się ona z patyka na ognisko,
plastikowego kubeczka i suchej trawy. Wieczorem ją zapalę i będę
chodzić po polance. Ale w między czasie idziemy się kąpać w jeziorze.
Po burzy zrobiło się strasznie gorąco, więc wskoczę w strój
kąpielowy
i biegnę po schodkach. Obym tylko się na nich nie wywróciła, bo raz już
niestety tak się stało!
24 lipca 2013 r. 1650
Dziadek poszedł na ryby, a my wróciłyśmy z jeziora. Teraz
pójdziemy na plażę i Ola będzie mnie uczyć gry w siatkówkę! Pochodnię
podpalę, kiedy zrobi się bardzo ciemno.
24 lipca 2013 r. 1800
Ola skończyła mnie uczyć i poszłam do dziadka. Obierał ryby
w kuchni. Złowił dwa liny i osiemnaście płotek. Niezbyt przyjemny
widok to całe obieranie, ale rybki pyszne! Potem wróciłam do domku
i poszłam do pokoju. Postanowiłam, że sobie porysuję. Narysowałam
królika z gwiazdką na oku i próbowałam narysować pieska, ale to już
wyższa szkoła jazdy. W rezultacie pokryłam cztery kartki nieudanymi
próbami rysunku.

24 lipca 2013 r. 2100
Idę zapalić pochodnię! Okazuje się to dość trudne, bo zrobiła
się ona trochę wilgotna. Udało się! Szybko się spaliła i nawet nie
okrążyłam całej polany. A! I przed chwilą się dowiedziałam, że będzie
ognisko od 2130 do 2230! Teraz zbieramy chrust na ognisko, co nie jest
łatwe po ciemku, ale dajemy radę. Będziemy piec kiełbaski i jabłka.
Może pośpiewamy. Po ognisku będę zmęczona, więc już nic nie napiszę.
Następny wpis jutro.
25 lipca 2013 r. 1000
Dziś wyjątkowo późno wstałam. Po ognisku, tak jak
przewidywałam, od razu padłam ze zmęczenia. Chciałabym zobaczyć
„Chłopa”, czyli dwumetrową białą rzeźbę, do której idzie się około
godziny. Zawsze wybieraliśmy drogę, na której rosło dużo kurek.
Postaram się namówić mamę, żeby się przejść. Udało się! Ciekawe
co tam zobaczymy poza „Chłopem”. Może jakieś zwierzęta?
25 lipca 2013 r. 1300
To była męcząca wycieczka, ale się opłacało! Po drodze, jak
zwykle, nazbieraliśmy mnóstwo kurek. Widzieliśmy jelenia i sarenkę,
które przed czymś uciekały. Na początku myślałam, że przed nami, ale
się myliłam… Podeszliśmy bliżej i okazało się, że przestraszyły się
rodziny jeży. Tego nie zapomnę nigdy!

Gdy doszliśmy do „Chłopa”

moja kuzynka i ja próbowałyśmy się na niego wspiąć, ale u mnie bez
powodzenia. Niestety jestem jeszcze trochę za niska. Za to Ola ma
świetne zdjęcie z rękoma na szyi „Chłopa”. W drodze powrotnej

dziadek wybrał jakiś prosty kij i powiedział, że zrobi nam z niego
wędki. Ja ucieszyłam się bardzo, Ola trochę mniej. Teraz odpoczywamy
po długiej wycieczce i czekamy, aż moja mama zrobi obiad. Zaraz
idziemy jej pomóc przy znoszeniu wszystkiego z kuchni na ganek
domku.
25 lipca 2013 r. 1700
To było niesamowite! Jadłam tosty na ławeczce koło ogniska
i zobaczyłam myszki! Polne myszy biegały po dachu domku!
Okazało się, że mają norkę pod korzeniami świerku rosnącego obok
domku. Wspinały się po gałęziach i zeskakiwały na dach. Mam nadzieję,
że nie wejdą do środka, lubię myszki, nawet chciałabym mieć jedną, ale
z takimi dzikimi to nigdy nic nie wiadomo.
26 lipca 2013 r. 1300
A jednak! Mama mi opowiedziała, że w nocy jedna z myszek
próbowała wejść do kosza na śmieci, a dostała się do środka przez
niewielką dziurę pod drzwiami. Jutro niestety trzeba jechać. Dziś
z grubsza się pakujemy, a jutro o 1500 już nas tu nie będzie. Mam
zamiar teraz pływać w jeziorze cały dzień, żeby się nacieszyć do końca.
Poćwiczę nurkowanie i pływanie żabką. A co do żab. Zapomniałam
napisać, że dziś rano na schodku do domku siedziała ropucha wielkości
dłoni! Była tak wielka, że ledwo co skakała. Zrobiłam jej zdjęcie, które
włożę do skrzyneczki na pamiątki.

27 lipca 2013 r. 1000
Ostatnie przejście dookoła jeziora i jedziemy. Szkoda, że ten
tydzień już minął. Chętnie zostałabym tu dłużej, ale już kto inny
wynajmuje ten domek i przyjeżdża o 1400. A więc Szwalewo, widzimy
się za rok!
Autorka prozy: Anna Krajewska
II miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

„OSTATNIE MARZENIE”
Prolog
– Jak to ostatnie? – spytałam.
– Bardzo mi przykro – powiedział doktor i spuścił głowę. Ukryłam twarz
w dłoniach.
– To kiedy.. kiedy będziemy mogli wziąć ją do domu na święta?spytałam znów.
– Obawiam się…. że nie będą państwo mogli – lekarz patrzył na moją
reakcję.
– Jak to? – krzyknęłam. Zerwałam się z krzesła – Jak!
– Bardzo mi przykro…- powiedział doktor po raz kolejny.

To jedno zdanie współczucia. Rozpłakałam się.
– Naprawdę? Nie, wcale panu nie jest przykro! Myśli pan, że jak pan tak
powie, to wszyscy w to uwierzą! Nie wierzę. Ja chcę wziąć swoją córkę
do domu na święta i nie obchodzi mnie pana zakaz! – kopnęłam
w biurko. Pan Dębicki nie patrzył nam w oczy. Wzrok wbity miał
w podłogę.
Czekałam na reakcję. Czekałam, aż powie mi, żebym się uspokoiła.
Ale nie powiedział.
– Dobrze… zobaczymy co da się zrobić – otworzył drzwi – mogą państwo
iść do córki.
Wyszliśmy. W drodze otarłam łzy i poprawiłam makijaż, żeby Oliwka
nie widziała,

że płakałam.
***

Drzwi sali numer dziewięć, odkąd sięgam pamięcią, wyglądają tak
samo.

Za to pomieszczenie zostało niedawno odnowione.

Szare ściany przemalowano na żółto. Powieszono na nich kilka
obrazków przedstawiających różne postacie, wielkie miasta i przyrodę.
Oliwce szczególnie podobał się ten w samym środku – obrazek
przedstawiający Nowy Jork z lotu ptaka. Po prawej stronie stały dwa
łóżka, a po lewej – jedno. Centralnie nad drzwiami wisiała wielka
plazma, na której non stop widniał napis „wrzuć monetę, aby oglądać”.
Oliwka i jej koleżanki jakoś nieszczególnie przepadały za oglądaniem
telewizji. Nad łóżkiem każdego pacjenta wisiała wielka półka na jego
rzeczy.

Otworzyłam drzwi. Wzrok Oliwki skierowany był znów w obraz
Nowego Jorku.
Moim oczom ukazała się koścista postać o bladej cerze i nieobecnych
oczach. Mogła mieć około metr sześćdziesiąt. Nie wyglądała na
czternastolatkę.

Krótkie, białe jak mleko włosy, związane były

w króciutką kitkę. Nie zdążyły jeszcze odrosnąć po chemioterapii.
Dziewczyna ubrana była w siwe, szerokie dresy i siwą koszulkę
z kolorowym napisem „rodzimy się, by żyć, żyjemy, by umierać”.
– Hej mamo, hej tato – Oliwka oderwała wzrok od obrazów i spojrzała
na nas.
– Cześć córciu. Patrz co ci kupiłam – wyjęłam z torebki czekoladę
z orzechami i nowiutki egzemplarz „Felixa, Neta i Niki”.
To drugie zdecydowanie bardziej ucieszyło Oliwkę.

***
Na widok nowej książki zabłyszczały mi oczy. Kochałam serię „Felix,
Net
i Nika”. Jak każdą inną książkę.
Popatrzyłam na kalendarz. Dwudziesty drugi grudnia. Ludzie już
kupują choinki, bombki, prezenty. Czasem widzę, jak z supermarketu
położonego

naprzeciwko

szpitala,

wychodzi

rodzina.

Rodzice

obładowani torbami dyskutują, co jeszcze trzeba kupić. Z uwagą patrzą
na listę, a dzieci rzucają się śnieżkami. Ulicami chodzą Mikołaje

rozdające wracającym ze szkoły dzieciom słodycze i drobne zabawki.
Słychać melodię tradycyjnych świątecznych piosenek, takich jak „Pada
śnieg”, czy „Last christmas”. W telewizji reklamują prezenty po niby
niższej cenie. W korytarzu pachnie świerkami. Jest naprawdę pięknie.
– Kiedy będę mogła wyjść? – spytałam.
– Słucham? – odpowiedziała pytaniem na pytanie mama, wyrwana
z zamyślenia.
– Noo, na święta. Wyjść ze szpitala, mamo? Tato?
– A powiedz skarbie, jak ty się czujesz?- zmienił temat tata.
Poczułam, że coś jest nie tak. Obydwoje dziwnie się zachowywali.
– Czuję się dobrze, kiedy będę mogła wyjść?
Rodzice popatrzyli po sobie, jakby było dziwne, że czuję się dobrze po
chemii. Co prawda, czuję się coraz gorzej, ale jestem już do tego
przyzwyczajona.
– Zadałam pytanie! – wrzasnęłam.
– Kochanie… nie rozmawialiśmy jeszcze z lekarzem, ale myślę,
że niedługo – powiedziała po chwili milczenia

mama, tata jej

przytaknął.

Jak

to? Przecież

mieliście iść

do niego dzisiaj

byłam

zdezorientowana, nie wiedziałam w co mam wierzyć.
– Pójdziemy… nie martw się, ale… – nie skończyła, bo weszła
pielęgniarka. Spytała o samopoczucie, zerknęła na kartę badań

i poprawiła kroplówkę, a potem przyniosła zupę. Była niedobra, nie
lubię kalafiorowej. Zjadłam kilka łyżek i odstawiłam talerz. Z szafki
wyjęłam czekoladę od rodziców.
– Ej, ej, czekolada od razu po obiedzie?- zaczął tata.
– Daj jej spokój – odezwała się mama, a ja się zaśmiałam.
– Wiesz co?- mama spojrzała na zegarek – wpadniemy później, bo mam
w planach jeszcze zrobić pierogi.
– Dobrze – odpowiedziałam – przynieś mi trochę.
Pożegnałam się z mamą i tatą. Obiecali wpaść koło szóstej, do tego
czasu mogłam robić co chcę.
– Hej, słyszałam, że twoi rodzice rozmawiali z lekarzem – odezwała się
Maja, dziewczyna leżąca obok mnie.
– Eee.. nie wiem. Mówili, że nie.
– Kłamali, rozmawiali z lekarzem. Powiedział, że nie wie, czy wyjdziesz.
– Dlaczego? – podniosłam się na łokciach.
– A o to spytaj ich- odpowiedziała mi.
Nie drążyłam tematu dalej. Zastanawiałam się, dlaczego nie powiedzieli
mi, że byli u lekarza. I dlaczego nie mogę wyjść. Coś się stało?
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Obudził mnie jakiś pisk. Zobaczyłam, że przy łóżku Majki stoją
pielęgniarki i lekarz. Wystraszona, schowałam się pod kołdrę. Nagle
pisk ucichł. Wyjrzałam spod kołdry. Majka żyła.
– Udało się, dziękuję – powiedziała mama mojej koleżanki, płacząc ze
szczęścia. W tym momencie weszli moi rodzice. Z rodzicami koleżanki
przywitali się zwykłym „dzień dobry”. Moja mama życzliwie się
uśmiechnęła.
– Możesz wyjść jutro – powiedziała mama. Nic z tego nie rozumiałam.
– No to fajnie, a powiesz mi, rozmawialiście wcześniej z lekarzem?spytałam. Poczułam się dziwnie, zaczęło kręcić mi się w głowie.
Położyłam się.
– Właśnie przed chwilą – powiedział tata.
– A wcześniej?
– Nie oszukujmy jej już, prędzej czy później i tak się dowie.
Rodzice powiedzieli mi o wszystkim. Płakałam. Mama też. Tata siedział
ze spuszczoną głową. Chyba nikt nie wie, jak to jest przed samymi
świętami dowiedzieć się, że te, będą jego ostatnimi.
***
Następnego dnia rodzice przyszli po mnie o dwunastej. Spakowałam
wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, czyli szczoteczkę, ubrania, gąbkę
i takie tam.
– Jak się spało?- spytał tata.

– Nie za dobrze – odpowiedziałam. Towarzyszyły mi ból głowy
i osłabienie. Czułam się źle, ale postanowiłam nikomu nie mówić –
męczyły mnie jakieś dziwne sny.
– Jakie?
-Nieważne. Gdzie jedziemy? – uciekłam od tematu.
– Do sklepu, po zakupy świąteczne – odpowiedziała mama.
Czułam się świetnie. Pierwszy raz w życiu poczułam się jak każde
szczęśliwe dziecko. Robiłam zakupy z rodzicami i obiecałam pomóc
mamie gotować.
– Jeszcze weźmy to, i to, i to – mówiła mama, wkładając do koszyka
kolejne produkty.
Zakupy zajęły nam trzy godziny. Do domu wróciliśmy w pół do trzeciej
i od razu zabrałyśmy się za pieczenie świątecznych ciasteczek z lukrem.
Ja wycinałam kształty, mama wkładała je do piekarnika.
Wieczorem źle się poczułam, ale zbagatelizowałam to. Stwierdziłam, że
nie będę się przejmować, po co?

Nie będę niszczyć sobie

najpiękniejszych, ostatnich świąt. To było moje największe marzenie,
zaraz po tym, żeby pójść do szkoły publicznej. Już kiedyś do takiej
chodziłam, ale trafiłam akurat do klasy, gdzie większość chłopców, była
delikatnie określana mianem „trudnej młodzieży”. Ciągle mi dokuczali,
znaleźli sobie kozła ofiarnego. Jedyny komplement jaki od nich
usłyszałam przez półtora roku, to „nie wiedziałem, że masz taką ciętą
ripostę”. Rodzice w połowie drugiej klasy mnie wypisali.

– Oliwia? Robię pierogi, chcesz pomóc?- spytała mama zaglądając do
pokoju.
– Jasne! – krzyknęłam i zeskoczyłam z łóżka. Zachwiałam się. Zakręciło
mi się w głowie.
– Wszystko dobrze? ,- usłyszałam i zanim zdążyłam się obejrzeć, stała
już obok mnie.
-Tak, straciłam tylko równowagę – skłamałam. Źle się czułam. Bałam się
tego. W głowie mi się kręciło i miałam dreszcze.
Poszłam i zrobiłam z mamą te pierogi. Świetnie się przy tym
bawiłyśmy. Rzucałyśmy w siebie mąką i trenowałyśmy technikę
podrzucania

ciasta

w powietrze. Poczułam się naprawdę szczęśliwa. Szczęśliwsza, niż
niektóre zdrowe nastolatki.
Kładłam się spać z obawą, że następnego dnia mogę się już nie obudzić.
***
Rano otworzyłam oczy z ulgą. Czyli jednak dany mi jest jeszcze jeden
dzień szczęścia. A może pół? Nikt tego nie wie. Ostatnio zaczęłam
myśleć o śmierci. Co to jest? Czy jest to jakaś chuda, wysoka postać bez
oczu,
z czarnymi włosami i czarną suknią do ziemi? A może to jakaś wrona,
która przyleci, zabierze mnie i odleci? Może po prostu zasnę i obudzę
się gdzie indziej. W niebie? W piekle? Bardzo ciekawe gdzie trafię.
– Oliwka, śniadanie! – wyrwana z zamyślenia zwlekłam się z łóżka,
założyłam kapcie i naciągnęłam szlafrok na plecy.

W kuchni pachniało świętami. Zapach pierniczków, pierogów
z grzybami, ryby po grecku. Wszystko dawało niezwykły klimat
świąteczny.
Na śniadanie tata zrobił naleśniki z Nutellą. Gdy tak siedziałam
i pochłaniałam ze smakiem już trzeciego z kolei naleśnika, do kuchni
wszedł tata w czapce Mikołaja i sztucznej, zrobionej z waty brodzie. To
było wspaniałe.
O osiemnastej ktoś zapukał do drzwi. Z entuzjazmem poszłam je
otworzyć. Spodziewałam się gości, ale nie ich. To były moje ukochane
kuzynki. Nie mogłam w to uwierzyć.
– Co tu robicie? – spytałam.
– Przyjechałyśmy na święta – odpowiedziały chórem.
– Kocham was!
Paula ma trzynaście lat, Iga piętnaście. One są dla mnie jak przyjaciółki.
Popłakałam się z radości. W niedługim czasie już wszyscy się zebrali.
Podzieliliśmy się opłatkiem, zasiedliśmy do stołu, aby zjeść kolację.
Czułam się słabo, ale nie mogłam zepsuć świąt sobie i rodzinie.
W głowie ciągle miałam życzenia cioci „I abyś była szczęśliwa” Przecież
jestem.
Po kolacji prezenty. Rodzice wyprosili do pokoju mnie, Igę i Paulę oraz
Dawida i Mateusza, oni też przyszli na święta, ale ja byłam zbyt zajęta
kuzynkami. Ponieważ mama zamknęła drzwi, stałyśmy we trzy
w rządku, z prawym uchem przyciśniętym do drzwi. Usiłowałyśmy coś
usłyszeć.

– No, Mikołaj przyszedł! – mama gwałtownie otworzyła drzwi, a my
w ostatniej chwili

od nich odskoczyłyśmy. Poszliśmy do salonu.

Choinka była ze wszystkich stron obłożona prezentami. Wielkimi
torbami, pudłami, kartonami zapakowanymi w ozdobny papier.
Stanęłyśmy
w rogu, na wejściu pokoju, a ja, ze względu na to, że strasznie kręciło mi
się w głowie oparłam się o kanapę. Byliśmy kolejno wywoływani przez
mojego tatę po paczki. Z torbami przenosiliśmy się po pokoju, aby je
rozpakowywać. Prezenty były cudowne. Cała tona książek, MP3,
płyta Happysad’u, pamiętnik, kolczyki, piżama w reniferki i trochę
słodyczy. Dziewczyny dostały takie same piżamy, dlatego już o godzinie
dwudziestej pierwszej poszłyśmy się umyć i wskoczyć w nie, żeby
wyglądać jak bliźniaczki.
Z minuty na minutę czułam się coraz gorzej. Zaczęło się od lekkich
bólów i zawrotów głowy, osłabienia i dreszczy, a skończyło na totalnym
przytwierdzeniu mnie do łóżka. Czułam się okropnie. Cała rodzina
zebrała się wokół mnie.
-Ej, Oliwka, jeszcze ja mam prezent dla ciebie – usłyszałam. Odwróciłam
głowę. Iga i Paula podały mi małe, czerwone pudełeczko. Otworzyłam
je. W środku był srebrny łańcuszek z reniferem.
– Piękny, dziękuję – powiedziałam – Nałożysz mi?
Paula zeskoczyła z mojego biurka i zapięła mi wisiorek na szyi.
Uśmiechnęłam się.
– Dziękuję.

Czułam się coraz gorzej. Kręciło mi się w głowie, byłam osłabiona,
rozpalona i miałam dreszcze. Nie mogłam wstać. Obraz tracił ostrość,
a bóle głowy się nasilały. Przestałam rozróżniać mamę i ciocię. Wszyscy
wydawali mi się tacy sami. Oczy same mi się zamknęły.
Jedno mnie cieszyło. Spełniłam swoje marzenie. Nie czułam bólu.
Wiedziałam, że tym razem wszystko było tak jak chciałam.
Byłam pewna, odejdę szczęśliwa.
Epilog
Czyli jednak umarła. W samą Wigilię, zostawiając po sobie pustkę
i nieotartą łzę z mojego policzka. I ciemność. Zostawiła, chociaż wiem,
że nie chciała. Musiała. Tak miało być. Nie wiem, jak pogodziłam się z
tym, że zostałam bez żadnego obowiązku. Nie umiem tak. Każdego dnia
uczę się od tego od nowa. „I niech ci córeczko będzie dobrze w niebie”

Autorka prozy: Dominika Stec
II miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

TAJEMNICZY MEDALION
W każdym domu można znaleźć pamiątki po przodkach. Z wieloma
z nich wiążą się ciekawe i nieznane historie. Jedną z takich opowieści
poznała Ania.
– Nie wiedziałam, że babcia miała tyle rzeczy – powiedziała Ania.
– Ja też. Połowy z nich nigdy nie widziałam – odrzekła mama.
Znajdowały się na strychu, który był ,,kopalnią skarbów”. Widziały tutaj
stare meble, które nie nadawały się już do użytku oraz takie, które
wyglądały na nowe, ale były trochę zakurzone. Wszędzie stały pudła,
duże i małe, ale każde z nieznaną zawartością.
– Nie rozumiem, dlaczego babcia nie chciała, abym tutaj przebywała zastanawiała się Ania.
– Może bała się, że coś zepsujesz.
– Zepsuję? Ja?
– Pomóż mi lepiej to posprzątać, inaczej spędzimy tutaj dwa dni.
– Dobrze – odpowiedziała Ania z niechęcią.
Wzięła jedno z pudeł i otworzyła je. W środku znajdowały się książki
o różnej tematyce. Już miała wziąć jedną do ręki, kiedy jej mama
zamknęła przed nią pudło.

– Nie mamy czasu na przeglądanie rzeczy. Weź to i zanieś do auta –
powiedziała
mama i podała jej stos kartonów.
Ania zeszła z nimi ze strychu i zatrzymała się w salonie, aby odpocząć.
Postawiła pudła przy fotelu i już miała usiąść, gdy coś zwróciło jej
uwagę. W jednym z opakowań coś się świeciło. Ania otworzyła je
i zobaczyła medalion. Cały był

zrobiony ze srebra, a rysunek

przedstawiał, według Ani, jakiś herb. Dziewczynka próbowała otworzyć
wisiorek, ale nie mogła. Najprawdopodobniej zamknięcie zacięło się.
Odłożyła go na miejsce i wzięła kolejny przedmiot. Był to stary, trochę
zniszczony i zakurzony pamiętnik. Pewnie należał do jej babci. Nagle
dziewczyna usłyszała odgłos kroków mamy. Szybko schowała
pamiętnik do pudła, wzięła resztę kartonów i poszła z nimi do
samochodu.
Ania położyła się na łóżko. Była strasznie zmęczona. Przez cały dzień
wraz z mamą sprzątały strych. Dlatego też dziewczynka nie znalazła
czasu na dokładne przejrzenie pamiętnika po zmarłej babci. Bardzo ją
kochała i wiedziała, że zawsze mogła na nią liczyć. To ona nauczyła ją
szacunku do drugiego człowieka, a dzięki jej opowiadaniom poznała,
jakie wartości są najważniejsze w życiu. Teraz trzymała jej historię
w swoich rękach. Otworzyła pamiętnik. Kartki były żółte, a litery
wyblakłe. Ania ledwie je mogła odczytać. Pierwszy wpis pochodził z 20
kwietnia 1943 roku:
,,Od dzisiaj postanowiłam rozpocząć pisanie pamiętnika. W czasach,
w których życie ludzkie nie jest pewne, gdzie za rogiem może wydarzyć
się coś złego warto pozostawić po sobie ślad.”

Dalej babcia pisała o swoich żydowskich przyjaciołach, których straciła
z dnia na dzień, o tęsknocie za beztroskim dzieciństwem i szczęśliwymi
chwilami. Ania przewróciła kilka kartek. Zatrzymała się na wpisie
z 6 maja 1943 r.:
,, Dzisiaj po raz pierwszy usłyszałam o Radzie Pomocy Żydom. Kilka
moich koleżanek mówiło o niej. Krytykowały działania tej organizacji.
Nie akceptowały, jak można pomagać Żydom. Wiele myślałam nad ich
słowami.”
Kolejny wpis był dopiero z 30 maja tego samego roku:
,,Już od kilku dni należę do Żegoty. Działam czynnie i staram się jak
mogę,

aby

przynajmniej

kilkoro

dzieci

żydowskich

zostało

uratowanych. Muszę się jeszcze wiele nauczyć, ale podobno już mi
dobrze idzie. Podczas akcji nie mogę ściągać na siebie niczyjej uwagi.
Za każdym razem boję się, że niemieccy żołnierze nas złapią albo ktoś
nas wyda. Mam jednak nadzieję, że nigdy się to nie stanie.”
Późniejsze notatki opisywały kolejne akcje z udziałem babci. Ale jedna
z nich szczególnie zwróciła uwagę Ani.
,, 27 lipca 1943 r.”
Wczoraj uratowaliśmy 12 – letniego chłopca i jego 4 – letnią siostrę.
Ratowanie dwójki osób jest szczególnie ryzykowne, ale nie mieliśmy
wyjścia. Podczas pożegnania chłopiec podarował mi srebrny medalion.
Jest piękny, ale nie wiem, czy powinnam go zostawić. Powiedział mi, że

to jest jego rodzinna pamiątka. Chciałabym mu go oddać, ale nie wiem,
czy mi się uda.”
– Czyli wyjaśniła się zagadka medalionu – powiedziała do siebie
dziewczyna.
Przez całą noc Ania rozmyślała nad tym wisiorkiem, dlatego też rano
była zaspana.
– Ładna biżuteria. Skąd ją masz? – spytał zaciekawiony tata.
– Znalazłam w jednym z pudełek, które przywiozłyśmy od babci –
odpowiedziała mu dziewczynka.
– Należała do niej? Nigdy nie widziałem, aby nosiła którąś z tych rzeczy.
Na stole w kuchni Ania rozłożyła wszystkie kolczyki, bransoletki
i wisiorki, które znalazła w pudłach. Wśród nich leżał medalion, który
przede wszystkim ją interesował. Nie chciała, aby jej mama pomyślała,
że chce go wziąć do szkoły i pokazać przyjaciółkom. Dziewczyna
postanowiła odnaleźć jego właściciela. Podała medalion tacie.
– Czy umiałbyś go naprawić? Chyba zamknięcie się zacięło.
– Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Kiedy wrócisz ze szkoły powinien
być zrobiony.
– Dziękuję! – ucieszyła się Ania, pożegnała się i szybko wybiegła z domu.
To był chyba najdłuższy dzień w życiu Ani. Nie mogła się już doczekać,
kiedy wróci do domu. Gdy tylko usłyszała ostatni dzwonek, szybko

spakowała swoje rzeczy i poszła w stronę domu. Po 20 minutach była
już na miejscu. Tata czekał na nią w salonie, a w ręce trzymał medalion.
– Mam nadzieję, że się udało – powiedziała.
Na te słowa tata podał jej wisiorek.
– Sprawdź – odpowiedział.
Dziewczynka powoli dotknęła zamka. Był nowy. Otworzyła medalion.
W środku dużymi literami napisane było ,,Hernan”. Na drugiej połowie
znajdował się herb, ten sam co na zewnątrz wisiorka.
– Jeśli cię to zainteresuje, to znam Hernanów. Jest to rodzina żydowska,
która ma sklep jubilerski w środku miasta. Może ten naszyjnik należy
do nich.
– Możemy tam pojechać? Najlepiej teraz.
– No to chodźmy.
Gdy dotarli do sklepu dziewczyna zaczęła się denerwować. Nie
wiedziała, czy znalazła właścicieli, czy może poszukiwania nadal będą
trwały. Jednak, kiedy weszła do środka, ogarnął ją spokój. Nad ladą
wisiał herb. Ten sam, który widniał na medalionie.
– W czym mogę pomóc – zapytał sprzedawca.
– Dzień dobry. Ten sklep należy do Pana? – spytał tata Ani.
– Mój dziadek go założył, a ja go po nim odziedziczyłem.

– W takim razie mamy coś, co chyba należy do Pana.
Ania po słowach taty wręczyła sprzedawcy medalion. Ten wziął go
i dokładnie obejrzał. Wyglądał na zaskoczonego.
– Skąd go macie? Pamiętam, jak mój dziadek opowiadał o nim.
– To długa historia – odrzekła Ania.
– Jak się mam Państwu odwdzięczyć?
– Nie ma takiej potrzeby.
– Jest. I chyba mam coś odpowiedniego.
Sprzedawca wyciągnął spod lady śliczną srebrną bransoletkę
z niebieskim kamieniem i podał ją Ani.
– Bardzo dziękuję – powiedziała dziewczyna i wraz z tatą zadowolona
opuściła sklep. Ta historia na zawsze zapadła dziewczynce w pamięci.
Wiedziała, że jej babcia była bohaterką i uratowała wiele dzieci.
Pamiętnik natomiast przypominał jej historię niezwykłej osoby, jaką
znała.
Autorka prozy: Kamila Maścianica
I miejsce w kategorii proza: Młodzież ze Szkół Ponadgimnazjalnych

MIŁOŚĆ KTÓRA ZABIJA I MIŁOŚĆ, KTÓRA RATUJE
Dźwięk dzwoniącego telefonu, od pewnego czasu wywoływał olbrzymi
strach. Zastanawiałam się czy dzwonią ze szpitala. Mama podchodziła
do telefonu z paniką, kiedy chwytała za słuchawkę, ręka jej drżała.
Codziennie inna wiadomość, raz wszystko wracało do normy i było
dobrze, na drugi dzień stan taty był krytyczny. Pewnego dnia, wróciłam
ze szkoły, zobaczyłam po raz pierwszy od miesiąca uśmiech na twarzy
mamy. Uśmiechnęłam się i spytałam: ,,Z tatą jest lepiej, prawda?’’ Łza
spłynęła jej po oku: ,,Tak Asiu, jest dużo lepiej, prawdopodobnie
wybudzą ojca ze śpiączki w tym tygodniu, nie wiadzą do końca w jakim
stanie jest mózg, ale będzie żył, słyszysz będzie żył!’’. To wiadomość, na
którą czekałam od dnia, kiedy dowiedziałam się, że osoba najdroższa
w moim życiu, miała wypadek samochody, została potrącona przez
rozpędzonego pijanego nastolatka. Pytałam: ,,Dlaczego on, idealny
kierowca?” Nie rozumiałam, lecz wiadomość, którą usłyszałam dała mi
nadzieję, że wróci do nas, że wszystko będzie tak jak dawniej.
Następnego dnia obudził mnie telefon, byłam pewna, że tym razem
będzie to dobra wiadomość. Leżałam i trzęsłam się ze strachu.
Usłyszałam z dołu krzyk mamy, moje ciało raptownie sparaliżowało
się: ,,Nie, to niemożliwe! Boże powiedz, że to nieprawda!”. Zbiegłam
z nadzieją, że to, co słyszałam okaże się snem albo wytworem mojej
wyobraźni: ,,Nie!’’. Mama leżała na podłodze w korytarzu przy
telefonie: ,,Nie mam go !… Umarł !… Wczoraj!…Zabrali nam go!…’’
Minął ponad rok, straciłam ojca, a zarazem matkę. Mama stała się
zupełnie obcą osobą. Kobieta zawsze uśmiechnięta, pewna siebie
i wiecznie zapracowana, zmieniła się w smutną, nieśmiałą i pozbawioną
chęci do życia osobę. Jedyne co zostało po niej, to pracoholizm.

Oddaliłam się od niej. Nie wiedziałam

o czym mamy rozmawiać.

Stałyśmy się sobie zupełnie obce. Przestałam tańczyć, a taniec od
dziecka był moją wielką pasją, lecz teraz? ,,Po co? Dla kogo?’’. Zajęłam
się tym, co wtedy wydawało mi się najważniejsze, przygotowaniem do
matury. Byłam w 2 klasie liceum, ciągle słyszałam słowa taty: ,,Jesteś
zdolna i jeżeli się nie poddasz, osiągniesz to, czego pragniesz”. Żyłam
z dnia na dzień, wszystko straciło sens, chciałam porozmawiać z mamą,
ale ona zawsze

była w pracy. Swoją nieobecność nagradzała mi

drogimi prezentami i pieniędzmi, ale ja tego nie chciałam. Pragnęłam
tylko jej obecności. Idąc ulicą, w obcych mężczyznach widziałam tatę,
lecz zawsze okazywało się, że to jednak nie on. Pewnego dnia wróciła
do domu po miesięcznym wyjeździe służbowym i oznajmiła:
,,Przeprowadzamy się, chcę cię odzyskać! Zaczniemy w nowym miejscu
będzie nam łatwiej. Znajdę inną pracę, częściej będę w domu.”
Ucieszyłam się, ale nie chciałam się teraz przeprowadzać, po wakacjach
miała rozpocząć klasę maturalną. Zostawić tu wszystko, moje całe
dotychczasowe życie, przyjaciółki, które były mi bliższe od własnej
matki? Pomimo niechęci zgodziłam się, uwierzyłam, że zmiany są nam
bardzo potrzebne.
Dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole we Wrocławiu. Miasto, którego
zupełnie nie znam, w którym nie byłam nawet przejazdem. Wstałam
rano z pozytywnym nastawieniem, wierzyłam, że będzie dobrze, ale
mimo wszystko trochę się bałam. Ubrałam się w strój galowy, mama
zawiozła mnie pod szkołę, ona również dzisiaj zaczyna po raz pierwszy
jako rzecznik prasowy. Weszłam na teren szkoły, czułam, że wszystkie
spojrzenia są skierowane w moją stronę, chłopcy uśmiechali się,
a dziewczyny wręcz przeciwnie po ich minach można było wyczuć
wrogość. Pomyślałam ,,Jednak nie znajdę tu przyjaciół, chcę wracać do
domu, do starej szkoły’’. Nauczyciel przedstawił mnie w klasie, mimo

wszystko nikt nie zapoznał się ze mną. Wyszliśmy z sali, moi nowi
koledzy podzieleni w grupy, a ja sama. Miałam wrażenie, że jeszcze
chwilę i nie wytrzymam,

rozpłaczę się jak małe dziecko. Wtedy

usłyszałam krzyk : ,,Ej, ty nowa!” Podbiegł do mnie chłopak,
bardzo przystojny, blondyn, niebieskie oczy, ciemna karnacja, bardzo
wysoki. Zdziwiona spojrzałam na niego: ,,Cześć jestem Jacek,
wzbudziłaś duże zamieszanie w naszej klasie” zaśmiał się i spytał:
,,Masz może ochotę wybrać się z nami dziś wieczorem do klubu, masz
tu jest adres, jak byś miała problem z lokalizacją lokalu to dzwoń, na
odwrocie masz mój numer. Mam nadzieję, że będziesz”. Uśmiechnął się
i odszedł. Byłam w szoku, pomyślałam:,, A może jednak nie będzie aż
tak źle”. Wróciłam do domu i dokładnie zaczęłam planować w co się
ubiorę, jak się zachowam, żeby mnie polubili. Mama wróciła pomimo
obietnic bardzo późno i zawiozła mnie w wyznaczone miejsce. ,,Teraz
będzie

dobrze,

musi

być

dobrze!”

Pewna

siebie

wysiadłam

z samochodu i weszłam do klubu. Podbiegł do mnie Jacek, uśmiechnął
się i rzekł: ,,Jednak przyszłaś, bardzo się cieszę, chodź poznasz resztę,
kolegów z nowej klasy i szkoły”. Zapoznał mnie ze wszystkim, tym
razem było dużo lepiej, opowiedziałam im dlaczego musiałam zmienić
miejsce zamieszkania, oczywiście historia była o wiele bardziej
kolorowa, niż w rzeczywistości. Bawiliśmy się świetnie, tańczyliśmy,
rozmawialiśmy, poznałam wiele bardzo sympatycznych osób. Cała
grupa odprowadziła mnie pod dom, pożegnałam się z nimi i weszłam
na klatkę schodową. Byłam bardzo szczęśliwa.
Minął miesiąc, w nowej szkole czułam się świetnie, zaprzyjaźniłam
się z osobami z klubu, spędzałam z nimi dużo czasu, prawie zupełnie
zapomniałam

o

moich

wcześniejszych

problemach.

Z

mamą

dogadywałam się bardzo dobrze, oczywiście większość czasu spędzała

w pracy, ale teraz aż tak bardzo nie odczuwałam jej nieobecności.
Zapisałam się z powrotem na taniec, tęskniłam za tatą, ale próbowałam
wymazać wspomnienia z pogrzebu, chciałam go pamiętać za życia,
kiedy był uśmiechnięty, jego skupienie jak coś robił. Wszystko wróciło
do normy, byłam szczęśliwa. Pewnego dnia do szkoły przyszedł
chłopak,

wyglądał

na

starszego.

Wysoki,

dobrze

zbudowany,

przystojny, blondyn, niebieskie oczy, modnie ubrany. Spojrzałam na
dziewczyny,

stały

rozmarzone.

Spytałam:

,,Ej,

co

z

wami?”

odpowiedziały: ,,Poznaj Rafała, ideał, marzenie każdej dziewczyny,
skończył szkołę rok temu.” Chłopak spojrzał na mnie, tajemniczo się
uśmiechnął i odszedł. Pomyślałam: ,,Łał!” Natalia powiedziała: ,,Ideał, to
egoista! Bawi się każdą dziewczyną traktuje je, jak przedmioty, a potem
jak mu się znudzą, to odstawia w kąt”. Po szkole wróciłam do domu,
miałam bardzo dużo nauki, usiadłam do książek, wieczorem weszłam
na portal społecznościowy i zobaczyłam, że mam nową wiadomość
:,,Co?’’ była to wiadomość od nieznajomego Rafała. Napisał ,,Chyba
jesteś nowa, inaczej na pewno bym cię wcześniej zapamiętał? ”
Siedziałam przed laptopem prawie godzinę i nie miałam pojęcia co
odpisać. Byłam w szoku, że napisał właśnie do mnie chłopak, który
mógłby mieć każdą. ,,Do mnie?” Słyszałam tylko te słowa w mojej
głowy. Odpisałam: ,,Tak, jestem nowa”. Nie traktowałam znajomości
z nim na poważnie. Wiedziałam, że szybko się skończy. Na następny
dzień również przyszedł do szkoły, zobaczył mnie, podszedł
i spytał czy mam ochotę na spacer, poprosił o numer telefonu. Nie
zaprotestowałam! Dałam mu numer telefonu i zgodziłam się na spacer!
Od pewnego czasu nie spotykałam się z chłopakami, bała się, że mnie
zostawią, że znowu kogoś stracę, tak jak straciłam tatę. Moje
przyjaciółki ostrzegły mnie przed nim i życzyły dobrej zabawy.
Obiecałam sobie, że się nie zakocham. Wieczorem zadzwonił do mnie,

poszliśmy na spacer, byłam taka zestresowana, że nie mogłam wydusić
z siebie ani słowa. Był niesamowity, imponował mi pod każdym
względem, przystojny, inteligentny i sarkastyczny. Czas spędzony z nim
minął mi bardzo szybko. Odprowadził mnie pod sam dom i przytulił na
pożegnanie. Weszłam na klatkę schodową, usiadłam na schodach
i analizowałam nasze spotkanie dokładnie: ,,Czy to możliwe, że się
zakochałam? Nie!”. Nie dopuszczałam do siebie nawet takiej myśli. Był
niesamowity, idealny. Często pisaliśmy ze sobą, spotykaliśmy się
w weekendy, każda wiadomość od niego sprawiała, że byłam
najszczęśliwsza na świecie. Po pewnym czasie zakochałam się!
Przypominał mi swoim zachowanie ojca, za którym tak bardzo
tęskniłam, kiedy mnie przytulał czułam się jak w objęciach taty. Po
jakimś czasie zaczęły się kłamstwa coraz częstsze, nie widywaliśmy się
prawie w ogóle, wiadomości też już nie było. Prawdopodobnie zapoznał
jakąś dziewczynę na studiach. Nie napisał do mnie, ani słowa, żeby się
ze mną pożegnać. W końcu nie byliśmy razem, dla niego były to nic nie
znaczące spotkania, dla mnie sens życia. Znowu powróciło cierpienie,
znowu utrata osoby, która była dla mnie ważna. Przyjaciółki oddaliły
się od mnie przez niego, ale kiedy dowiedziały się w jaki sposób mnie
potraktował, nie powiedziały „a nie mówiłyśmy”, tylko przytuliły mnie
i

wspierały. Każdy dzień znowu był bez znaczenia, przynosił ból

i cierpienie, to co sprawiało mi na początku roku szkolnego radość
dzisiaj jest nieważne. Miałam do siebie żal,

że nie posłuchałam

koleżanek i tego, co sobie obiecałam.
Skończyłam liceum z bardzo dobrymi stopniami, wyniki matury
również uzyskałam wysokie. Dzisiaj jestem na studiach i mogę
powiedzieć, że jestem w pełni szczęśliwa, spotkałam chłopaka, który na
początku był moim przyjacielem, walczył o mnie. Miałam świadomość,

że dla niego to nie jest przyjaźń, tylko coś więcej. Nie chciałam go
skrzywdzić, dałam mu do zrozumienia, że miedzy nami nic nie będzie.
Nie wytrzymałabym kolejnej utraty bliskiej mi osoby, ale on walczył,
był zawsze przy mnie, czekał bardzo długo, dzisiaj jesteśmy razem, on
mnie kocha, a ja jego. Mama również rozwija się w nowej pracy, na jej
drodze także pojawił się pewien mężczyzna. Walka z wymazaniem
wspomnień, nie wyszła, ucieczka także. Dzisiaj wiem, że to co
przeżyłam sprawiło, że jestem o wiele silniejsza. Za 4 lata skończę
studia, mam nadzieję, że zostanę dziennikarką.

Autorka prozy: Aleksandra Kornatowicz
wyróżnienie w kategorii proza: Młodzież ze Szkół Średnich

ROK 2014
ZWIERZĘ NIE JEST ZABAWKĄ
O zwierzęta się dba,
bo po to się je ma.
A nie męczyć
I w klatkach więzić.
Na łańcuchu mieć
I traktować jak śmieć.
Zwierzęta się kocha,
a nie mówi: „Wynocha!”.
One też serce mają.
Jak im swoje okażesz, to cię pokochają.
Im trzeba jeść dać,
na spacer wyprowadzać.
Ludzie je wyrzucają,
na ulicy jeść nie dostają,
czasami do schroniska trafiają
i tak się właśnie niektóre mają.
Proszę was, żebyście się o nie troszczyli.
Ostrzy dla nich nie byli i trochę czasu im poświęcili.

11 LISTOPADA
Dziś 11 listopada,
Mimo tego śnieg nie pada,
Więc świętować powinniśmy,
Że niepodległość odzyskaliśmy.

Nasi przodkowie na wojnie walczyli,
bo wiadomo – patronami byli.
Na wojnie ginęli,
Gdyż już siły nie mieli.

Dlatego powinniśmy wdzięczni być,
Że spokojnie i bez ograniczeń możemy żyć.
A czy wy Polskę szanujecie
i tę uroczystość świętujecie?

Pracę plastyczną wykonał: Michał Marusiak-Łesyk

MARZENIA
Marzenia to świetna rzecz!
Marzenia to super sprawa,
Przyjemne myśli i zabawa.
Żyrafę bym zobaczyła,
Na słoniu pojeździła.
I w dżungli wakacje spędziła.

Marzenia ogromne mam.
Wiem jedno:
Nikomu nie pokażę,
Bo jeszcze się nie spełniły
I dalej o nich marzę.

Autorka wierszy: Aleksandra Kordala
I miejsce w kategorii poezja: Uczniowie Szkół Podstawowych

Pracę plastyczną wykonała: Aniela Cymbalak

SYRENY
W Australii urodziły się cztery piękne siostry o imionach: Lena,
Amelia, Marcela oraz Wiktoria. Po siedmiu latach ich spokojnego
i beztroskiego życia wydarzyło się coś zupełnie nieprawdopodobnego.
Dziewczynki spędzały sierpniowy weekend na plaży niedaleko ich
domku letniskowego. Bawiły się w piasku i pluskały się w wodzie.
Nagle zerwała się gwałtowna fala, która zabrała siostry w zaczarowane
miejsce. Fala przywiodła je prosto na rafę koralową. Lena, Amelia,
Marcela i Wiktoria były zszokowane, ponieważ umiały swobodnie
poruszać się w wodzie i co najlepsze, potrafiły rozmawiać i oddychać
pod wodą.
– Co się z nami stało? Czy to sen? – mówiła gorączkowo Amelka.
– Nie mam pojęcia – odparła Lenka.
– Spójrzcie na to! To jakaś jaskinia……O! Ona się świeci! – krzyknęła
Wiktoria.
– Chodźmy! Raczej popłyńmy! Zobaczymy, co tam jest. Ale nie wiemy,
na jak długo możemy wstrzymać oddech! – mówiła Marcelina.
Dziewczyny wpłynęły do tajemniczej groty. Przepłynąwszy kilka
metrów znalazły się w małym brodziku, który po chwili zaczął
błyszczeć, a woda zaczęła bulgotać.
– Co się dzieje! Boję się! – krzyknęła Amelka.
I siostry zamieniły się w syreny. Zamiast nóg miały ogony pokryte rybią
łuska. Po szybkiej metamorfozie dziewcząt woda uspokoiła się.

Dziewczynki zamarły! Patrzyły oszołomione na ogony, a później znów
na siebie. Marcela chciała już ukryć głowę w dłoniach, gdy nagle zaczęły
lewitować muszle leżące na brzegu.
– Czy to moja zasługa? – zdziwiła się. Zaczęła poruszać dłonią i okazało
się, że ma moc poruszania przedmiotów. Za chwilę reszta syren zaczęła
gestykulować. Lena otrzymała moc niewidzialności, Amelia poruszania
wodą, Wiktoria czarujący i hipnotyzujący głos, a Marcela moc
poruszania przedmiotami. Skały, którymi otoczony był brodzik wnet
rozsunęły się, a przed siostrami ukazał się podwodny świat. Wszędzie
pływały syreny. Dookoła znajdowały się kolorowe rafy. Cały podwodny
raj wypełniały ryby, delfiny i inne wodne stworzenia.
Do dziewcząt podpłynęła nieznajoma kobieta.
– Witajcie. Zostałyście wybrane i stałyście się syrenkami. Od teraz woda
to wasz drugi dom. Nikt o was nic nie wie i ma tak pozostać. Posiadacie
moce, które ma każda syrena. Pamiętajcie jedno… Jedna kropla wody
wystarczy, żebyście zmieniły się w syrenę! Dlatego musicie uważać
w świecie ludzi. Ja jestem Nel. Jestem królową Krainy Syren. A teraz
wracajcie do domu, bo mama pewnie się o was martwi. Delfiny wskażą
wam drogę – mówiła. Siostry kiwnęły głowami i udały się w podróż.
Mijały lata, a dziewczyny potrafiły dochować swojego sekretu. Kiedy
skończyły szkołę podstawową i udały się do gimnazjum, nie było już
tak łatwo. W szkole była grupa chłopaków: Kacper, Oskar, Oliwier
i Arek, którzy uchodzili za szkolnych urwisów. Siostry trafiły z nimi do
klasy i bały się o swoją tajemnice. Przez parę pierwszych miesięcy nikt
nie zwrócił na nic szczególnej uwagi. Przez ten czas syreny
zorientowały się, że blask księżyca w pełni wywołuje u nich
niespokojną, czasem agresywną reakcję. W taką noc siedziały w domu

ze szczelnie zasłoniętymi roletami na oknach. Syrenki codziennie
pływały do Krainy i zapoznawały się ze wszystkimi jej mieszkańcami.
Poczuły się tam jak w rodzinie. Lena, Amelia, Marcela i Wiktoria
cieszyły się ze spokojnego życia. W szkole miały dobre oceny
i przyjaciół. Pewnego dnia nadszedł dzień Mokrego Dyngusa. Czterech
urwisów rozstawiło mokre pułapki. Syreny kierowały się do furtki.
Przed nimi szedł Adam – kolega z równoległej klasy. Gdy chłopak
przekroczył furtkę, z góry spadł na niego wielki balon pełen zimnej
wody! Zza rogu wybiegł wielce rozbawiony Kacper!
– No i jak my teraz przejdziemy? Kto wie, czy gdzieś dalej nie czyhają
inne pułapki…mówiła Lenka.
– Mam pomysł! – rzekła Amelia. – Zakryję dłoń plecakiem i gdyby woda
leciała, szybko powstrzymam ją swoją mocą! – Dobry pomysł –
mruknęła Wiktoria. Dziewczyny weszły na teren szkoły. Marcela
została przy szkolnych szafkach, a reszta poszła do szatni. Gdy Marcela
wyjęła potrzebne książki, przechodził koło niej Kacper i trącił jej
podręczniki.
Z szyderczym uśmiechem oddalał się.
– Ej! – krzyknęła Marcela.
– Ty mówisz do mnie? – zapytał z niedowierzaniem urwis. Był bardzo
zaskoczony, ponieważ nikt wcześniej nie odważył mu się sprzeciwić.
– Tak i nie wiem, czemu tak się zdziwiłeś… – stanowczo odpowiedziała
dziewczyna.
– O co ci chodzi? – mruknął od niechcenia Kacper.

– Zrzuciłeś mi książki i to w dodatku specjalnie! Należałoby raczej je
podnieść i mnie przeprosić! Brak ci kultury, czy jesteś już do reszty tak
nieokrzesany? – powiedziała pewna siebie.
Szkolny urwis, do którego żadna osoba wcześniej nie miała odwagi
podejść, został zgaszony. Stał oniemiały i widać było, że się zmieszał.
Potem z jego twarzy można było wyczytać jeszcze coś… Marcela
ewidentnie go zaintrygowała. Kacper podszedł do niej, podniósł
z podłogi podręczniki i przeprosił dziewczynę. Ta kiwnęła głową, po
czym przegarniając ręką włosy, dumnie odeszła. Kacper spotkał na
korytarzu swoich kolegów i zaraz opowiedział im o zdarzeniu.
– Nigdy nie paliliśmy się, by zagadać z nimi – stwierdził Oskar.
– Mają w sobie coś innego – ciągnął Oskar.
– Zagadam dzisiaj z Leną, jest najładniejsza! – krzyknął Arek. Zadzwonił
dzwonek. Klasa Ie właśnie rozpoczęła biologię. Ku zdziwieniu Leny za
nią w ławce usiadł Oskar. Gdy w trakcie lekcji pani wyszła, chłopak
zaczął rozmawiać z dziewczyną.
– Hej. Jestem Oskar, jak pewnie wiesz…
– Cześć… A ja jestem Lena, Sądziłam z siostrami, że jesteście naprawdę
urwisami i łobuzami.
– To tylko plotki… tłumaczył skrępowany chłopak. Do sali weszła pani
od biologii. Nowi znajomi musieli przerwać rozmowę. Syreny skończyły
już zajęcia. Ubrały się w szatni i miały już wychodzić, gdy nagle
Wiktorię zaczepił Arek.
– Możecie iść dziewczyny, dogonię was! – mruknęła Wiktoria.

– Cześć! – zaczął rozmowę Arek.
– No hej. Jak leci? Mam nadzieję, że nie zrzucisz mi książek…
– He he…Nie, nie, bądź spokojna. Słyszałem, ze mieszkasz blisko plaży,
więc może wybierzemy się razem…- Yyyy… Ja muszę już lecieć…Pa! –
odpowiedziała przerażona syrena. – Ale… – zaczął Arek, ale Wiktoria już
pobiegła. Dogoniła swoje siostry. – Dziewczyny, wiem co sobie
pomyślicie, ale mam wrażenie, że ta zgraja chłopaków z naszej klasy
podejrzewa nas o coś.
– Niedawno Oliwier proponował mi spacer wieczorem. Tego dnia była
pełnia księżyca – mówiła Amelia. – Coś jest na rzeczy! – stwierdziła
Marcela.
– Właśnie. Przez prawie cały rok nie odzywali się do nas, a teraz chcą
się zaprzyjaźnić…- mruknęła Lena. Jak na przykład dzisiaj Oskar –
dodała.
Nadeszła sobota. Siostry wybrały się na plażę. Opalały się dobrą
godzinę. Niedaleko przechadzał się Arek. Nie widział leżących
dziewczyn, zaś one go zauważyły. Nie przejmowały się zbytnio. Lena
wskoczyła do wody, żeby popływać. Pod wodą bawiła się z delfinami
i grała w berka z rybami. Opływała rafę koralową. Zza dużego głazu
dostrzegła ogon! To nie był rybi ogon, tylko podobny do jej ogona!
Przyśpieszyła, aby zobaczyć to. To, co ujrzała, nie śniło jej się
w najskrytszych snach… Ogon należał do Arka! ,,Co?” Pomyślała. Syren
odwrócił się i ujrzał Lenę, która zerwała się do ucieczki. Spotkali się
twarzą w twarz, oko w oko. Lena chwyciła go za rękę. Odpłynęli trochę
od plaży. Dotarli do małej zatoki i wypłynęli na brzeg. Przez dłuższą
chwilę nic nie mówili. Ich wzrok skierowany był w piasek.

– Ja nie widziałem… – zaczął chłopak.
– Nie udawaj! – powiedziała Lena.
– No dobra. Te wszystkie sytuacje zgadzały nam się. W pełni księżyca
żadna z was nie mogła wyjść, nie bawiłyście się w Śmigus Dyngus. –
Jakim nam? – zapytała zdziwiona syrena.
– Moi przyjaciele też są tacy jak ja – odpowiedział Arek. Zaczęło się to
od siedmiu lat w takim brodziku. Żyjemy w Krainie Syren. My jesteśmy
trytonami – kontynuował chłopak.
– Chodźmy. Powiemy to wszystkim. Moim siostrom i twoim
przyjaciołom! – Zadecydowała syrena.
– Może staniemy się jedną paczką. Przeżywamy, to wszystko co wy.
Skoro już wiemy o sobie to, że jesteśmy tacy sami, możemy spróbować
się zaprzyjaźnić… Co ty na to? – spytał Arek.
– Myślę, że to dobry pomysł. Nie wiem tylko jak zareaguje cała reszta.
Lena wróciła do sióstr.
Opowiedziawszy im o tym, co się wydarzyło. Marcela, Lena, i Wiktoria
odwiedziły nazajutrz chłopaków. Przez chwilę panowała drętwa cisza.
Dopiero później rozwinął się temat, który później okazał się tematem
,,rzeka’’. Cała zgraja syren i tytanów wymieniała się wiadomościami
i informacjami o swoim drugim życiu. Chłopaki dzięki nowej
znajomości stali się milsi i sympatyczniejsi.
Wszyscy poczuli się jak jedna wielka rodzina. Pływali codziennie do
Krainy Syren. Zaczęli poważnie zastanawiać się nad tym, który świat
wybrać… – Po roku analizowania za i przeciw, zdecydowali. Los

obdarzył ich tym darem. Los chciał, by byli na stałe związani
z oceanami i morzami. Marcela, Lena, Amelia, Wiktoria, Kacper, Arek,
Oskar oraz Oliwier zamieszkali w Krainie Syren.

Autor: Kornelia Kozak
II miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

,,OTWARTE DRZWI"
Nazywam się Ewelina Drawska. Mam szesnaście lat i niedawno
poszłam do nowej szkoły. Poznałam tam dużo ciekawych osób. Między
innymi Lidkę Kowal, osobę bardzo zamknięta w sobie i z tego powodu
nie posiadającą wielu przyjaciół. Bardzo chciałam ją poznać, dlatego
chciałam porozmawiać z nią po lekcjach, lecz ona przeprosiła mnie
i powiedziała, że jest spóźniona na spotkanie z ciocią. Może nie chciała
ze mną rozmawiać? Może naprawdę się jej spieszyło? Postanowiłam
porozmawiać z nią jutro. Następnego dnia Lidki nie było w szkole.
Znowu nie miałam okazji, aby z nią porozmawiać. Przy obiedzie na
szkolnej stołówce siedziałam z Wiktorem Matusiakiem, jednym
z nowych kolegów. Bardzo go polubiłam. W naszej klasie jest tylko 13
osób, w tym cztery dziewczyny i dziewięciu chłopców. Niestety, klasa
nie współpracuje i często się kłóci. Dziewczyny obrażają się na siebie
i kłócą się z chłopakami. Moim zdaniem klasa mogłaby stanowić
,,jedność", gdyby tylko chciała. Mamy bardzo miłych nauczycieli. Są oni

bardzo wymagający. Nie powinnam być zaskoczona, ponieważ to już
druga klasa gimnazjum. W mojej poprzedniej szkole, także w drugiej
klasie, nie zdałam, więc mama myślała, że to przez nauczycieli.
Przeniosła mnie do tutejszego gimnazjum.
Na lekcji fizyki siedziałam z Olgą Saską. Jest bardzo pogodną
i żywiołową dziewczyną. Przyjaźni się z Mają Poznańską. Chłopaki
uznali, że nie mogą one przeżyć bez siebie nawet dwóch dni. Niestety,
muszę się z nimi zgodzić. W klasie jest także osoba przeze mnie niezbyt
lubiana. Tą osobą jest Paweł Czarniecki. Jest ulubieńcem nauczycieli.
Zawsze

się

z

nimi

zgadza.

Uważa

się

za

najfajniejszego

i najmądrzejszego. Jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Jak
w każdej normalnej klasie (co jest dziwne, bo my nie jesteśmy
normalną klasą) jest tzw. ,,klaun", osoba, która bez względu na liczbę
ocen (jedynek) zawsze śmieje się nauczycielowi prosto w twarz. Taką
osobą jest Daniel Laskowski. Bardzo lubię naszą wychowawczynię,
panią Paulinę Skowrońską. Jest nauczycielką WF-u, prawie na każdej
lekcji musi zwracać nam uwagę. Naprawdę, jestem bardzo zdziwiona,
że pani wytrzymała z nimi dwa lata. Dziś do szkoły przyszła Lidka.
Zauważyłam, że Majka i Olga nie bardzo ją lubią. Sadzę, że powodem
tego jest jej małomówność i brak pewności siebie. Był WF, graliśmy
w siatkówkę. Po lekcji zatrzymałam Lidkę i wspólnie poszłyśmy do
biblioteki. Zaczęłyśmy rozmawiać. O niczym istotnym, takie tam
„babskie” sprawy: fryzura, ciuchy, ulubieni piosenkarze. Pierwsze koty
za płoty. Nadal wiem o niej bardzo mało, ale sukcesem jest to, że
w ogóle chciała ze mną pogadać. Nagle do biblioteki wbiegł Kacper
Perłowski. Jest najwyższy w klasie, pani Paulina zawsze mówi: ,,Jeszcze
jakby intelekt równał się z wzrostem…". Powiedział, że Łukasz miał
wypadek. Jak najszybciej pobiegłyśmy za nim. Łukasz Milewicz jest

najsilniejszy,

prawie

najwyższy

i

najbardziej

lekkomyślny

ze

wszystkich chłopaków. Jest także bezczelny i arogancki wobec
nauczycieli. Jednakże myślę, że on tylko się popisuje przed chłopakami.
Jak dobiegłyśmy na miejsce, Łukasz, Daniel i Paweł siedzieli na hali
obok trybun. Daniel jak zwykle się śmiał, Łukasz miał zabandażowaną
nogę. Zadzwonił dzwonek, mieliśmy matematykę. Paweł poszedł na
lekcje, natomiast ja, Lidka i Daniel zostaliśmy z Łukaszem. Bardzo
chciałam się dowiedzieć się, co mu tym razem przyszło do głowy.
– Mogłabym się dowiedzieć co się stało? – spytałam zła, ponieważ
spóźnię się na matematykę. Jeszcze do tego matematyki uczył Nowak
(znienawidzony przeze mnie nauczyciel).
– Nic ważnego – powiedział, próbując wstać.
– Siadaj, Milewicz – rzekł spokojnym tonem Daniel.
Po kilku minutach przyszła Zawadzka, pani od chemii. Zaprowadziła
Milewicza do higienistki. My poszliśmy na lekcje. Nowak wstawił nam
spóźnienia i wziął Daniela do odpowiedzi. Na szczęście nie wziął mnie,
bo znowu bym dostała jedynkę. Kazał usiąść mi z Wiktorem. Daniel
dostał dwóję i zadowolony wrócił na miejsce. Zaczęłam rozmowę
z moim kolegą z ławki. Pod koniec lekcji nasz wspaniały nauczyciel
wstawił nam uwagi za rozmowy na lekcji. No, świetnie, kolejna uwaga!
Mama mnie zabije. Zostały trzy lekcje: WOS, geografia i niemiecki.
Poszłyśmy z Lidką na stołówkę. Lidka powiedziała mi, że gdy
źle się czuje lub nie chce z nikim rozmawiać (co zdarza się często)
siedzi tutaj. Usiadłyśmy przy stoliku w rogu sali. Zaczęła mi opowiadać
o sobie. Dowiedziałam się, że dwa lata temu jej mama zginęła
w wypadku samochodowym. Bardzo za nią tęskni, nie może się

„pozbierać”. To dlatego jest tak małomówna

i zamknięta w sobie.

Otworzyła się przede mną. Jestem z tego powodu ogromnie szczęśliwa,
ale i smutna w związku z tym, co przeżywa. W ciągu trzech tygodni
udało mi się z nią zaprzyjaźnić.
W ostatni wtorek do szkoły po wypadku wrócił Milewicz.
Kulejąc, podszedł do Czarka Kwiatkowskiego. Był on ich ,,chłopcem na
posyłki". Zawsze, gdy go nie było, gadali, że jest głupi, itp. Szczególnie
wykorzystywał go Paweł. Najlepszym

kolegą Czarka jest Marek

Wysocki.

Milewiczowi,

Często

podlizywali

się

Matusiakowi,

Laskowskiemu i oczywiście Czarnieskiemu. Marek często wyzywał
mnie i Lidkę, ale my go ignorowałyśmy. Zaczęła się lekcja WOS-u.
Nauczycielką tego przedmiotu jest pani Karolina Brezińska. Uczy także
angielskiego. Usiadłam jak zwykle z Lidką. Bardzo się denerwowała.
Może Brezińska ma ją wziąć do odpowiedzi? Spytałam, co się stało.
Lidka

powiedziała

że

to

nie

jest

rozmowa,

którą

możemy

przeprowadzić na lekcji. Rozumiem, to na pewno coś ogromnie
ważnego.

Lekcja minęła szybko. Pani Karolina była w świetnym

humorze. Wyszłyśmy z klasy. Wtedy podbiegł do nas… Kto to jest?!
– Cześć jestem Adrian Nowicki – uśmiechnął i przywitał się z Lidką.
– Jesteśmy razem w klasie. Ty pewnie jesteś…Ewelina…Nie będziesz zła,
jak będę mówił na ciebie Ewa? – zaśmiał się.
– Taaak, chyba jesteśmy. Nie, nie będę zła – powiedziałam, po czym
poszliśmy na lekcję. Nareszcie moja ulubiona lekcja z panią Rudzką,
nauczycielką od polskiego. Na tej lekcji siedziałam z Łukaszem.
Nienawidzę z nim siedzieć na lekcji. Chcę się uczyć, a nie gadać i się
śmiać. Niechętnie usiadłam za Lidką. Przez całą lekcje myślałam o tym,
co by było, gdybym znów oblała i się przeprowadziła. Nie, nie mogę

teraz o tym myśleć. Nie mogłabym zostawić Lidki. Myśli moje zaprzątał
także nowo poznany kolega. Spodobał mi się. Wyszliśmy

z klasy.

Poszłyśmy z Lidką do sali od chemii. Jedynie w tej klasie nie ma kamer.
Usiadłam na biurku Zawadzkiej. Lidka zaczęła opowiadać mi, co się
stało. Od śmierci matki mieszkała u ciotki Sylwii. Teraz jej ojciec, który
był za granicą, oznajmił, że zabiera ją ze sobą. Po tej opowieści
rozpłakała się. Na nasze nieszczęście do sali weszła Zawadzka.
Poprosiła

nas

,,grzecznie'',

abyśmy

wyszły.

Lidka

uciekła

z niemieckiego. Nie wierzę, że ona musi wyjechać! Nie pozwolę na to!
Zbyt mocno przywiązałam się do niej. Stała się dla mnie bliska jak
siostra. Doskonale, nie ma Nowaka. Nie mamy matematyki. Za to
jest…godzina wychowawcza. Mogę spokojnie obmyślić plan. Muszę
przekonać ojca Lidki do zostania w Polsce.
Nazajutrz Lidka nie przyszła do szkoły. Co jeśli już pojechała?
Nie

pożegnała

się

ze

mną?

Nie

wierzę,

jesteśmy

przecież

przyjaciółkami. Pierwszy był WF. Do szatni jak zwykle wbiegł Łukasz.
Zawołał nas na halę. Doskonale, znowu gramy w siatkówkę. Bardzo
martwiłam się o Lidkę, nie wychodziło mi żadne podanie. Po lekcji
postanowiłam spytać o nią panią Paulinę. Weszłam do jej ,,pokoiku" ze
sprzętem sportowym.
– Coś się stało Ewelina? – spytała, po czym się uśmiechnęła.
– Nie wie pani, co się dzieje z Lidką? – spytałam cicho.
– Nie wiem… Idź już proszę, bo się spóźnisz – przypomniała mi
o matematyce. Pobiegłam na górę. Oczywiście, z moją koordynacją
ruchową wpadłam na Andżelikę Nowicką, która jest w pierwszej klasie.
Przeprosiłam ją i poszłam do klasy. Olga siedziała na ławce
i rozmawiała z Adrianem i Danielem. Odłożyłam torbę i dołączyłam się

do rozmowy. Do klasy wbiegła uradowana Lidka. Głośno zawołała mnie
na korytarz, żeby swobodnie porozmawiać. Gdy uspokoiła głos,
oznajmiła, że ciocia przekonała jej ojca i może zostać w Polsce. Udało
się, a ja już miałam plan. Postanowiłyśmy iść do miasta. Niezauważone
wymknęłyśmy się ze szkoły. Poszłyśmy na spacer. Chodziłyśmy około
pół godziny. Miałyśmy jeszcze godzinę na powrót do szkoły. Jak zwykle
powiem, że te dwie godziny byłam u lekarza, a Lidka mi towarzyszyła.
Musimy wrócić, ponieważ mamy test z polskiego i biologii. Weszłyśmy
do szkoły. Obok sali gimnastycznej stała pani Skowrońska. No i co teraz
zrobimy? Przecież nie możemy obok niej przejść. Będzie się pytała,
czemu uciekłyśmy. Próbowałyśmy nie zwracać na siebie uwagi.
Uśmiechnięte weszłyśmy do szatni. Przebrałyśmy się i poszłyśmy do
sali od polskiego. Pani Rudzka odwołała test. Kiedy ja się nauczę, to
pani musi odwołać ten test! Ostatnio się nie nauczyłam a ona, jakby
czytała mi w myślach, wzięła mnie do odpowiedzi. Więc będziemy
zmuszeni do siedzenia w czytelni. Nawet podoba mi się ten pomysł.
Będę mogła poczytać jakąś fajną książkę lub porozmawiać z kolegami
i koleżankami z klasy, co bardzo lubię. Dobrze czuję się w ich
towarzystwie, wiem, że mnie zaakceptowali, a część z nich polubiła.
Bardzo bałam się, że w tej szkole nie znajdę ,,normalnych"
rówieśników.

Jednak

okazało

się

zupełnie

inaczej.

Przed

przeprowadzką chciałam, aby mama zapisała mnie do innej szkoły, bo
tej się bardzo obawiałam. Jakby mama uległa moim prośbom, nie
poznałabym Lidki i reszty moich znajomych z klasy, którzy ostatecznie
okazali się w porządku ludźmi. Mama zawsze powtarza mi, żebym
miała ,,otwarte drzwi" na ludzi. Teraz rozumiem, co to znaczy. Nie
możemy zamykać się na drugiego człowieka, oceniać go na podstawie
pierwszego wrażenia. Każdy ma swoje powody, że zachowuje się tak

lub inaczej. Wystarczy uważnie się rozejrzeć, a na pewno znajdą się
wokół nas życzliwe osoby albo takie, które potrzebują naszej pomocy.
Autorka prozy: Aleksandra Sopienko
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Podstawowych

STRACH PRZED MIŁOŚCIĄ
Możesz uważać mnie za nieczułą,
za taką, która nie ma serca.
Możesz myśleć o mnie źle
i wyklnąć ze swojego życia.
Możesz przestać mnie kochać
i dobrze traktować.
Szczera będę!
Prawdę powiem!
Nigdy nie powiedziałam, jak mi na Tobie zależy.
Nigdy nie powiedziałam, jak bardzo Cię kocham.
Czy wiesz dlaczego to zrobiłam?
Ponieważ w końcu odejdziesz i mnie zostawisz.
Nie dasz uśmiechu tego, który był dawniej.
Nie pocieszysz.
Nie przytulisz.
Przepraszam, że boję się Twej miłości.

ODWAGA
Odwagą niej jest robienie głupot!
Odwagą nie jest podążanie za tłumem!
Odwagą nie jest zostawianie ludzi na łaskę!
Odwagą niej jest nienawiść do wroga!
Odwagą nie jest przestać kochać!
Odwagą jest żyć i nigdy się nie poddawać…
i być przy tym w pełni sobą.

NADZIEJA
Nadzieja jest jedną z niewielu rzeczy, które nie odchodzą.
Jest i trwa wiernie u boku każdego z nas.
Może Ci się wydawać, że wszystko przegrałeś, lecz póki wierzysz,
to powstaniesz z popiołów i zwyciężysz.
Nie poddawaj się nigdy i miej nadzieję do końca, a nawet trochę dłużej.
Możliwe, że nadzieja jest matką głupich, ale każda matka swoje dzieci
kocha.

Autorka wierszy: Wiktoria Maria Buczek
Wyróżnienie w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

„CHCĘ TYLKO ŻYĆ”
Na pytanie, czy rodzina jest ważna, zawsze odpowiadałam: Tak, jest
najważniejsza w życiu. Rodzina zawsze cię wspiera, kocha cię i nic za to
nie chce, chociaż czasami nie jest tak kolorowo. U mnie w domu, nie
pamiętam,

kiedy

ostatnio

przeprowadzaliśmy

spokojną,

luźną

rozmowę. Wulgarne słowa stały się chyba naszymi najczęściej
wypowiadanymi słowami. Zamykałam się wtedy w pokoju i wszystkie
emocje wychodziły na zewnątrz. Z czasem brakowało mi łez
i wybiegałam z domu, by biec przed siebie jak najdalej, by uciec od tego
całego hałasu.
Ostatni raz, kiedy wybiegłam z domu, skończyło się to śpiączką. Na dwa
miesiące, co równało się z „zawaleniem” nauki i powtarzaniem roku
szkolnego, utratą znajomych, bo przecież kogo obchodzi dziewczyna
w śpiączce. Wydaje mi się, że rodzice też się poddali. Nie było ich przy
mnie, bo przecież to moja wina, że wpadłam pod ten cholerny
samochód. Racja, to ja biegłam jak szalona, nie patrząc, czy nadjeżdża
maszyna śmierci, ale gdyby w domu nie było tej napiętej atmosfery, nie
musiałabym odreagować na te negatywne emocje.
Leżąc w łóżku, taka bezbronna, miałam spokój, nie musiałam
uciekać od problemów. Możliwe, że nie chciałam się obudzić, bo to nie
miało sensu i ja się nie nadawałam do życia. Inni ludzie popełniają
samobójstwa, ja nie miałam odwagi, bałam się włożyć głowę w pętlę
sznura, czy podciąć sobie żyły. Wiedziałam, że kiedy się obudzę, nikt nie
będzie na mnie czekał. Jak u każdej dziewczyny sny schodziły na
relacje

damsko-męskie,

jak

każda

dziewczyna

marzyłam

o wymarzonym chłopaku i o wielkiej miłości. Takiej bez ograniczeń,
odwzajemnionej, pełnej czułości.

I w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że za bardzo się
rozczulam nad sobą. Miłość? Co to ma być? Miłości przecież nie ma.
Są tylko wieczne awantury i kłótnie o byle co. W mojej rodzinie nie ma
szczęśliwych związków, więc dlaczego mój akurat miałby taki być?
Zasłużyłam sobie… hahaha, bardzo śmieszne. Ta miłość to chyba
z litości, po wypadku. Miałam już dość leżenia, musiałam zrobić coś,
żeby się obudzić, zaczęłam krzyczeć, moja głowa oszalała. Zresztą, tak
jak moje serce, które zaczęło bić szybko, o wiele za szybko. Lekarze
musieli zwolnić bicie natychmiast, bo może się rozmyśliłam, może nie
chciałam umierać, jeszcze nie teraz.
Obudziłam się następnej nocy. Było ciemno, czułam się
przymulona, tak jakby senna. Dziwne uczucie śpisz dwa miesiące
i nadal chce ci się spać. Nikogo nie było w moim pokoju. Zaczęłam się
oglądać, być może chciałam dostrzec, że ktoś przez te dwa miesiące
interesował się mną. I zobaczyłam to, co chciałam zobaczyć. Na stoliku
nocnym leżała uschnięta róża, z karteczką przyczepioną do niebieskiej
tasiemki:
„Znam Cię nie od dziś, wiem, że może nie chcesz żyć, ale proszę, obudź
się dla mnie. Możliwe, że jesteś wszystkim, co teraz mam.”
Jakie to wzruszające. Byłam ciekawa, jak długo leży tu ta mała
niespodzianka, od kogo jest i jak często tu bywa jej nadawca, o ile nie
przyszedł raz. I dlaczego napisał, że ma tylko mnie. Widać, że jestem
ciekawska, wszystko chcę wiedzieć, od plotek aż po prawdę.
Postanowiłam wyjść na korytarz. Ciemność była przerażająca,
nic nie było widać. W uszach odbijała się głucha cisza. Nawet
pielęgniarek nie było widać, pewnie ucięły sobie drzemkę, aż jakiś
pacjent nie obudzi się krzykiem.

Wróciłam do łóżka, prawdę mówiąc chciałam wrócić, kiedy
w połowie drogi padło drętwo na ziemię. Rozległ się tylko huk
i najprawdopodobniej obudziłam śpiących na oddziale. Nic nie
pamiętam i to jest przykre. Mój umysł się psuje, tylko słucham i czuję.
I właśnie wtedy podsłuchałam rozmowę nieznajomego
z pielęgniarką. Musieli się już widywać i pewnie powiedział jej, że jest
kimś z rodziny, bo inaczej jest to niemożliwe, że wpuściła go do mojej
sali.
Skrzypnięcie

krzesła

świadczyło,

że

na

nim

usiadł.

Niespodziewanie usłyszałam aksamitny głos, chłopięcy, a zarazem
męski, poczułam się bezpiecznie i te słowa, które tak swobodnie
wypowiadał. Czytał moją ulubioną książkę i zastanawiałam się, czy to
przypadek, czy wie o tym bardzo dobrze? Właśnie doszedł do mojego
ulubionego fragmentu:
„Pomyślisz, że oszalałem. I najgorsze jest to, że będziesz miała rację.
Nazwij mnie głupcem, bo na to zasługuję. Oszalałem… z miłości do
ciebie.”
Później usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwi. Nie wiem, czy
obraził się na mnie, czy zrobiło mu się przykro, że nie podziękowałam.
Przepraszam bardzo, to nie moja wina. Jak na razie, to, co mi pozostało,
to tylko spanie. Można powiedzieć, że jestem na urlopie. Dosyć długim,
ale był mi on potrzebny . Może tak będzie już wiecznie, aż w końcu
wkurzą się i mnie zabiją, odłączając od respiratora. I w tym momencie
uświadomiłam sobie, że jestem bardzo samolubna, przychodzi do mnie
chłopak, czyta mi mój ulubiony fragment. Widać po nim, że oszalał
z miłości, a ja myślę tylko

o tym, jak bardzo moje życie było

beznadziejne, ale już takie nie musi być, mogę być kochana i mogę
odwzajemniać miłość.
Co mnie czeka po śmierci? Może tam byłoby mi lepiej, ale
jestem młoda, mogę sobie jeszcze troszkę pożyć na ziemi. Przeżyć coś
naprawdę wspaniałego, a nie tylko potrącenie przez samochód, jeżeli to
się w ogóle zalicza.
Następne dni były długie i nudne. Nic się nie działo i wydaje mi
się, że musiałam się wyłączyć. Aż w końcu coś się stało. Zaczęła się
szybka jazda, walka z czasem, przewóz na salę operacyjną, bo
najwyraźniej pech mnie polubił i nie miał zamiaru opuścić. Krwotok
wewnętrzny. Nieprzyjemna sprawa, muszą cię rozcinać…
Po pechowych trzynastu godzinach operacji udało im się mnie
uratować (no może niekoniecznie dobrze w tym przypadku). Kiedy mój
mózg doszedł do siebie, usłyszałam płacz i te przykre słowa
wypowiedziane na głos, kierowane do mnie.
– Jesteś wszystkim tym, co mam, wiem, że może mnie nie pamiętasz,
bo minęło dużo lat, ale kiedy tylko dowiedziałem się, co Ci się stało,
przyleciałem. I musisz wiedzieć, że mam tylko Ciebie, ponieważ moi
rodzice zginęli w wypadku. – W tamtym roku skończyłem szkołę
i chciałem wrócić do Ciebie, ale stało się to i nie mogę stracić też Ciebie,
bo nie będę miał już nic.
To były słowa, które wzbudziły we mnie uczucie pragnienia
i w tym momencie wiedziałam, że ja chcę tylko żyć!

Autorka prozy: Agnieszka Kołodziejska
Wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

CÓRKA KRÓLOWEJ ŚNIEGU
Tego roku zima była wyjątkowo mroźna. Śnieg zasypywał ulice miast
całej Polski, ku wielkiej udręce dorosłych oraz równie dużej uciesze
dzieci. Nie było bowiem chyba żadnego malucha, który by nie miał
sanek albo chociaż kolegi, który by się taką parą nie podzielił. Na
mniejszych
i większych górkach roiło się więc od smyków w grubych kurtkach
i wełnianych czapkach. W tych miejscach panował nieokiełznany chaos
i gwar, cudem było, że nikt się nawzajem nie rozjechał. Tak było
również w miejscowości leżącej pośrodku Krainy Jezior, w Morągu.
Pewnego niedzielnego popołudnia, nieopodal kościoła, przy pagórku
nazywanym przez młodych Górką Księdza, zebrała się spora grupa
ludzi. Jednak nie tylko tych mniejszych, lecz także młodzieży, uczniów
pobliskiego gimnazjum. Felicja, trzynastolatka o długich, brązowych
włosach, wypatrywała w tłumie przyjaciółki. Teraz, gdy znalazła się
w samym środku ogromnego zgiełku, spotkanie z nią tutaj nie
wydawało jej się zbyt dobrym pomysłem. Nie widziała się z nią całe
dwa tygodnie, a jutro kończyły się ferie i nie miały kiedy ze sobą
porozmawiać. Zaś największy pagórek w okolicy z pewnością nie
należał do miejsc, gdzie można by w spokoju wymienić myśli.
Nagle zza zakrętu wyłoniła się dobrze znana dziewczynie szczupła
sylwetka Stelli. Delikatne blond loki nastolatki powiewały na wietrze.
Kilka piegów ozdabiało jej nos, a na smukłej twarzy gościł uśmiech.
Rozszerzył się on jeszcze bardziej, gdy kasztanowe oczy napotkały
spojrzenie Felicji. Obie natychmiast zaczęły prędko przedzierać się
przez zbiegowisko młodzieży i wpadły na siebie z takim impetem, aż
wywróciły się prosto w zaspę. Wybuchły gorączkowym śmiechem

i w końcu się podniosły. Otrzepały się z białego puchu, a Fela poprawiła
okulary.
– Tyle się nie widziałyśmy- zagadnęła radośnie.- Co tam u ciebie?
– W sumie to nic nowego, oprócz tych butów oczywiście – ruchem ręki
wskazała na czarne glany.- Świetne są, prawda?
Krótkowzroczna już miała przytaknąć, kiedy spostrzegła postacie
zbliżające się ku nim. Był to starszy brat Stelli – Krystian, który ciągnął
na saneczkach ich młodszą siostrzyczkę, Nikolę. Oboje posiadali taki
sam kolor włosów co Stella, jednak ich tęczówki były błękitne. Wokół
szyi Nikoli owinięty był szary szal, z daleka można by pomyśleć, iż to
sztuczna broda. Felicja zachichotała.
– Nikola wygląda w tym szaliku całkiem jak Święty Mikołaj, a ty Kris
zdajesz się być Reniferem Rudolfem – zauważyła rozbawiona.
Chłopak zmarszczył rzeczywiście czerwony od zimna nos. Felka
zadarła z istnym mistrzem ciętej riposty.
– Cóż, ty zaś kwalifikujesz się na Yeti, chłopczyku- zrewanżował się jej.
„Yeti” jeszcze mogła mu darować, ale z tym „chłopczykiem” to
przesadził. Szybko ulepiła śnieżkę i rzuciła nią z zamiarem trafienia
Krystiana w głowę. Jako że nie miała zbyt dobrego celu, śnieżna kulka
przeleciała nad obiektem ataku i trafiła w plecy Patryka. I to nie byle
jakiego Patryka, lecz słynnego Patryka „Minotaura” Czajkowskiego,
mierzącego ponad 190 centymetrów, z pięściami jak bochenki chleba
i z barami szerokości trzydrzwiowej szafy. Swoje przezwisko
zawdzięcza temu, że nie pozwala nikomu, kto wejdzie na osiedle jego
paczki, wyjść stamtąd bez uszczerbku na zdrowiu, niczym mityczny

potwór z Krety (trzeba jeszcze dodać, iż Czajkowski nie znał mitu
o Minotaurze i ubzdurał sobie, że był to starożytny, przystojny i groźny
bóg). Minotaur był ostatnim człekiem na świecie, którego można było
zaczepiać.
Także jeszcze zanim Patryk zdążył się odwrócić, grupka przyjaciół
była już daleko. Zdawali sobie sprawę, iż w pierwszej kolejności
Czajkowski będzie ich szukać na ulicy, więc popędzili schować się za
stromą częścią Górki Księdza. Mogli też pobiec stamtąd na dworzec
kolejowy, który był bardzo blisko ich domów. Stali plecami, opierając
się o pokryte lodem urwisko. Krystian trzymał na rękach Nikolę,
bowiem w pośpiechu zapomnieli wziąć drewniane sanki. Cała czwórka
oddychała głośno. Zastanawiali się, co powinni robić dalej.
– Felka, co ty sobie myślałaś? – wysyczał cicho najstarszy. – Jutro
zaczyna się szkoła, a Minotaur nam nie daruje!
– Przecież nie chciałam w niego trafić – szepnęła przerażona brunetka.
– Nie oskarżaj mnie teraz, lepiej pomyśl, co mamy robić!
– Jak to co?- Kris trochę się uspokoił. – Biegniemy do domu, symulujemy
grypę i tyle

w temacie.

– A moje saneczki? – spytała Nikola bliska płaczu. – Nie mogą tu zostać!
– Mamy do wyboru sanki albo zdrowie i nie wiem jak wy, ale ja wolę
pozostać przy życiu co najmniej do pięćdziesiątki – rzekł zirytowany
blondyn.
– Przykro mi Niki, ale on ma rację – odezwała się do tej pory cicha Stella.
– A im szybciej teraz pobiegniemy, tym mniej możliwe, że Minotaur nas
dogoni. Więc ruszajmy!
Na początku szybkim tempem przedzierali się przez śnieg, jednak
z czasem było im coraz trudniej utrzymać żwawe tempo biegu.
Miejscami Stella znajdowała się po kolana w perłowym puchu, gdyż nie

należała do osób rosłych, podczas gdy jej brat i przyjaciółka mieli nogi
niemal do nieba. Kiedy dotarli nareszcie na stację, odetchnęli z ulgą.
Weszli na kładkę nad torami. Z chwilą, gdy minęli stojącego przed nimi
mężczyznę, zorientowali się, że coś jest nie tak.
Osobnik ten jakby zastygł w pół kroku. Nie ruszał się. Jego ubrania,
twarz i włosy pokrywał szron. Wykazywał podobieństwo do lodowej
figury. Felicja pierwsza zwróciła na niego uwagę. Zatrzymała się, aby
przyjrzeć mu się uważniej.
– Proszę Pana…- zaczęła nieśmiało. – Czy wszystko w porządku?
Nie dostała odpowiedzi. Idący przodem Krystian odwrócił głowę.
– On się pewnie z nas nabija. Chodź, musimy się streszczać.
Fela, nie do końca przekonana, ruszyła za przyjaciółmi. Natknęli się
jednak na kolejnych nieruchomych ludzi. Całą grupę zaczął powoli
ogarniać strach. Nie mieli pojęcia, czego byli świadkami. Starsze
dziewczyny zaczytywały się w powieściach fantasy, więc obstawiały
najgorsze scenariusze. W książkach najprawdopodobniej zaraz
zjawiłyby się wampiry o nadludzkich mocach albo śmierciożercy
z „Harry’ego Potter’a”. W każdym razie nie mieli zamiaru czekać, aż to,
co spotkało postacie na moście, zdarzy się i im. Rzucili się do biegu, lecz
drogę zastąpiła im niewysoka istota, do złudzenia przypominająca
zjawę bądź ducha.
Stworzenie było w rzeczywistości siedmio, może ośmioletnią
dziewuszką. Na oczy opadała jej długa, kruczoczarna czupryna
ozdobiona kryształowym diademem. Była ubrana w niebieskawą,
koronkową suknię. Jej cera była okropnie blada, jakby wcześniej wcale
nie

widziała

słońca.

Zobaczywszy

ją,

towarzysze

krzyknęli

w przestrachu. Natychmiast zmienili kierunek biegu, lecz nim
przemierzyli metr, panienka niewiadomym sposobem zjawiła się przed
nimi, zmuszając ich do zaprzestania prób ucieczki. Oddech młodzieży

stał się nierówny, na co nieznajoma ośmiolatka uśmiechnęła się
krzywo.
– Witam, moi drodzy – rzekła tonem dziwnie poważnym i zimnym, jak
na swoją posturę. – Mam dla was pewną propozycję. Przedstawię ją
wam, jeśli oczywiście raczycie pozostać na miejscu.
Nikt nic nie powiedział pod wpływem szoku. W końcu dopiero co byli
ścigani

przez

szkolnego

dręczyciela,

potem

zobaczyli

tych

zamarzniętych ludzi, a teraz jeszcze wyrasta przed nimi dziewczynka
rodem z horroru. To zdecydowanie zbyt wiele przygód jak na jedno
popołudnie. Ich rozmówczyni najwyraźniej o tym nie wiedziała.
– Zamieniliście się w słup soli, czy co? – odrzekła z wyrzutem. – Mam
nadzieję,

że

nie

okażecie

się

kolejnym

rozczarowaniem,

bo

w przeciwnym razie będę musiała się was pozbyć, a to robi się
naprawdę nudne.
Krystian momentalnie otrząsnął się z trwogi i przekazał młodszą
siostrzyczkę na ręce Stelli. Wyszedł do przodu. Spojrzał z góry na
czarnowłosą, którą przewyższał więcej niż o głowę.
– Smarkulo, dobrze ci radzę, nie tym tonem. Jeśli tkniesz którekolwiek
z nich, to będziesz mieć do czynienia ze mną i mało mnie obchodzi, że
jesteś tylko małolatą. Toteż zejdź nam z drogi, jeśli nie chcesz oberwać.
Odepchnął ją na bok. Mała zatoczyła się do tyłu, jednak szybko
wyprostowała się. Gotowało się w niej z wściekłości.
– Smarkulo! – wykrzyczała mu prosto w twarz. – Jak śmiesz do mnie tak
mówić, nędzny śmiertelniku! Nie wiesz, kim ja jestem? Moja matka to
Yuki Onna, znana tutaj pod nazwą Królowej Śniegu. W każdej chwili
mogę was wszystkich zamienić w posągi z lodu, tak jak zrobiłam to
z tamtymi!
Córka Śnieżnej Królowej uderzyła chłopaka otwartą dłonią w pierś,
dokładnie tam, gdzie jest serce. Czternastolatek jęknął i osunął się na

kolana. Zrobił się nienaturalnie blady, jego usta zsiniały, a skóra
pokryła się zamarzniętą wodą. Przerażone dziewczęta zaraz znalazły
się przy nim. Zdawały sobie sprawę, że mają do czynienia z bardzo
silną magią i wobec tego niewiele mogą zdziałać. Stella rozpaczliwie
tuliła do siebie Nikolę, powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Felicja
zdjęła swoją kurtkę i narzuciła koledze na ramiona. Wiedziała, iż to nic
nie da, ale musiała zrobić cokolwiek. Spojrzała na księżniczkę. Okazało
się, że ta płakała.
– Proszę…- powiedziała cicho Fela. – Błagam cię, odczaruj go. Błagam.
Odczaruj ich wszystkich, błagam cię na kolanach.
Młodsza Władczyni Zimy potrząsnęła przecząco głową. Odgarnęła
grzywkę z czoła. Felicja mogła po raz pierwszy zobaczyć jej smutne,
jasnobłękitne oczęta.
– Nie zrobię tego. Zasłużyli sobie na taki los. Nikt nawet nie wysłuchał
mnie do końca. Wy ludzie, wszyscy jesteście tacy sami. Nie mam
pojęcia, dlaczego wasz gatunek nie wyginął. Ale możecie być pewni, iż
jeśli kiedyś tak się stanie, to będzie to po części moja zasługa.
Odwróciła się na pięcie. Felicja nagle coś zrozumiała.
– Ty musisz być bardzo samotna – zawołała.
Czarnowłosa nie odwróciła się. Trzynastolatka uznała to za
potwierdzenie.
– Jak ci na imię?- brnęła dalej. – Nie przedstawiłaś się.
Księżniczka momentalnie przystanęła. Przez chwilę się wahała.
– Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ktoś mnie ostatnio zapytał o imię
– wymamrotała – Nazywam się Bianka.
– To naprawdę ładne imię. Ja jestem Felicja. Blondynka to Stella, a ta
mała nazywa się Nikola. Chłopak, który właśnie zamarza, to Krystian,
brat Stelli, a mój dobry przyjaciel. Jestem pewna, że nie chciał cię zranić.

On po prostu nie umie delikatnie obchodzić się z ludźmi. Jeśli zdejmiesz
z niego czar, to na pewno nie pożałujesz swojej decyzji.
Bianka biła się z myślami. Przyjrzała się Felicji uważnie. Na jej ustach
pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
– Może tak zaczniemy naszą znajomość jeszcze raz?
***
Wieczorem cała piątka siedziała w przytulnym salonie Felicji,
popijając kakao. Bianka zdjęła zaklęcie ze wszystkich, których tego
dnia zamroziła i teraz smakowała pyszny, czekoladowy napój. Krystian
powoli dochodził do siebie po dzisiejszych wydarzeniach i wciąż nie
mógł się nimi nadziwić. Bombardował wraz ze Stellą księżniczkę
tysiącami szczegółowych pytań na wszelakie tematy. Bianka okazała się
być całkiem przyjemną osobą. Była wcześniej sama i nie do końca
wiedziała,

jak powinna odchodzić się z innymi. Nowi

przyjaciele chętnie służyli jej od tamtej pory dobrym słowem i radą, a
pięcioletnia Nikola wręcz miała takiej wiedzy w nadmiarze i gadała jak
najęta. Pozostawała jedynie kwestia wściekłego Minotaura.
Ale to już inna historia.

Autorka prozy: Weronika Gancewska
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

Pracę plastyczną wykonała: Patrycja Niemanowska

ROK 2015

ROZMOWA
– Czy oddałabyś życie za ojczyznę?
– Tak.
– Dlaczego? Przecież to tylko kawałek ziemi!
– Dla Ciebie jest to tylko ziemia. Dla mnie to matka, która się mną
opiekuje, karmi i daje odzienie.
Dlaczego miałabym ją porzucić i oddać na stracenie? Dlaczego miałabym
o nią nie walczyć?
Która kobieta się mną tak czule zaopiekuje?
Która da tyle ciepła i miłości?
***
Dobiegłeś do mety jako pierwszy,
Zostawiając za sobą swoje plany i marzenia.
Zostawiając za sobą ludzi, których kochałeś.
Zostawiając za sobą drogę z trupów.
Zostawiając za sobą dawnego siebie.
Obejrzyj się i odpowiedz szczerze:
Czy było warto?

WOJNA
Po przeciwnych stronach staje brat z bratem.
Kule przecinają powietrze.
Wszędzie tułają się ranni i martwi.
I po co to wszystko?
Dla kawałka ziemi?
Dla pieniędzy?
Czy władza zapłaci nam za śmierć przyjaciela?
Czy zwróci nam koszty cierpienia, bólu i rozpaczy?
Autorka wierszy: Wiktoria Maria Buczek
Wyróżnienie w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

„OŁOWIANY ŻOŁNIERZYK"
Witaj, zagubiony pośrodku szachownicy
Biało-czarny pionku.
Gdzie byłeś przez cały ten czas?
Znowu błąkałeś się po kątach
Jak zapomniany kawałek układanki?
A może schronienie znalazłeś
W pudełku z zepsutymi zabawkami?
Opowiadaj, jak to jest
Innym być niż wszyscy?
Czasami płakać nad martwymi żołnierzami

Wrogiego oddziału?
Iść w inną stronę niż wszystkie figury w chińczyku?
Którym tak śpieszno jest do domków,
Do braci i rodziców?
Jak to jest, być wrzucanym do jednego worka
Z tymi, którymi gardzisz, lecz musisz pozostać?
Zastanawiać się nad słusznością rozkazów
Nieomylnego króla?
Mów prędko, bo widzisz, zbyt bardzo się śpieszę,
Żeby rozczulać się nad jakimś tam ołowianym żołnierzem.

PRZEZNACZENIE
Stoję nieruchomo
Wyciągam przed siebie ręce
Ciężkie od trzymanego pistoletu
Ciężkie od ludzkiego życia w nich
Dzisiaj właśnie władam przeznaczeniem
Ciągi liter na papierze
Zadecydują o pewnej duszy
Dłońmi całymi w atramencie
A może całymi we krwi
Dzisiaj właśnie władam przeznaczeniem

Zawiść i gniew obrócone w krzyk
Wypełniają korytarz i pewne myśli
Moje wyzwiska i obelgi
Mają szansę zmienić się w jutrzejsze kondolencje
Dzisiaj właśnie władam przeznaczeniem
Szramy i żyletki
Jedno samolubne życzenie
Czerwień zabarwia podłogę
Wraz z tysiącami niewidzianych wcześniej łez
Dzisiaj, po raz pierwszy i ostatni
Właśnie władam przeznaczeniem

PIEŚŃ Z POBITEWNEJ BIESIADY
Zabawa będzie trwała sześć dni
Och, takiej biesiady nie widział dotąd nikt!
Wino będzie rozlewało się
Lecz dużo go! Nic nie szkodzi, nie!
Prosimy każdego, krzeseł mamy dość!
Nie skończymy, póki nie padnie ostatni gość!
O głowę świni będą bili się
Tak pożądane jadło tylko tu się je!
Muzyka gra, niebezpieczny ma wpływ

Niech tańczy każdy, kto jest jeszcze żyw!
Kielichy w górę wzniesiemy też
Oddając dawnym bohaterom cześć
I nikt nie widzi, nie dostrzega nikt
Co działo się tu, nim nastał któryś świt…
Więc hej!
Obława będzie trwała sześć dni
Och, takiej rzezi nie widział dotąd nikt!
Krew będzie rozlewała się
Lecz dużo jej, nic nie szkodzi, nie!
Prosimy każdego, mieczy mamy dość!
Nie skończymy, póki nie padnie ostatni „gość”!
O głowę generała będą bili się
Tak pożądane „jadło” tylko tu się „je”!
Muzyka gra, niebezpieczny ma wpływ
Niech walczy każdy, kto jest jeszcze żyw!
Szable w górę wzniesiemy też
Oddając poległym bohaterom cześć
Lecz biesiada trwa, nie dostrzega nikt
Co działo się tu, nim nastał któryś świt…

Autorka wierszy: Weronika Gancewska
I miejsce w kategorii w kategorii poezja: Uczniowie Gimnazjów

AURELIA
„Mój Boże, jakie wszystko jest dzisiaj dziwne.
A wczoraj jeszcze żyło się zupełnie normalnie.
Czy aby nocą nie zmieniono mnie w kogoś innego?
Bo, prawdę mówiąc, czuję się jakoś inaczej.
Ale jeśli nie jestem sobą, to w takim razie, kim jestem?”

Lewis Carroll, „Alicja W Krainie Czarów”

Aurelia chorowała już kilka lat, lecz ostatnie miesiące były
naprawdę ciężkie. Nie miała już nawet siły poprawiać swojej peruki
w kolorze śniegu, która praktycznie zlewała się z jej bladą skórą.
W takiej sytuacji sine plamy pod oczami, których wprost nienawidziła,
były jeszcze bardziej widoczne. Miała je zawsze. Może przez brak snu,
a może po prostu lubiły tam być?
Bardzo dbała o swój wygląd, gdy była jeszcze w stanie to robić.
Była zakochana w pięknie. Miała kiedyś długie, ciemne włosy, lecz
potem zdecydowała się na kompletną zmianę i wybrała jasną, krótką
perukę. Mówiła, że to „moda skandynawska”, jednak tak naprawdę nie
chciała, by przypominała jej prawdziwe włosy. Była ładną dziewczyną
i lubiła być owiana tajemnicą. Nie miała zbyt wielu znajomych, ale nie
narzekała na samotność. Trudno zawierała przyjaźnie

i łatwo je

kończyła. Kochała sztukę, kwiaty i wiersze. Mało osób to rozumiało,
jednak ona nie miała z tym problemu. To była prawdziwa artystyczna
dusza.

Pół roku temu opowiadała mi o swoich wakacjach w Paryżu.
„Chciałam wejść na Wieżę Eiffla, lecz się bałam… Bałam się, że gdy tam
wejdę i zobaczę nie to, co sobie wyobrażałam, cała magia tego miejsca
zniknie. To byłoby takie wielkie rozczarowanie, nie sądzisz? Tak bardzo
nie lubię rozczarowań”.
Uwielbiałam słuchać jej opowieści, a ona cieszyła się, że kogoś
one interesują.
Pamiętam, że w czasach naszego dzieciństwa chodziłyśmy do
pobliskiego lasu, gdzie był strumień, nad którym przesiadywałyśmy
godzinami. Chwilami wydawało mi się, że jesteśmy w bajce. Ten klimat
sprzyjał naszym zabawom w księżniczki. Aurelia przynosiła sukienki
swojej mamy. Nie wiem, czy jej mama o tym wiedziała, w każdym razie
wracały do szafy do połowy mokre. Kiedyś podczas zabawy
znalazłyśmy motyla bez jednego skrzydła. Aurelia podeszła do niego,
po czym prędko go zdeptała.

Co ty zrobiłaś? Przecież był taki piękny – zapytałam, nie do
końca wiedząc, co się właściwie stało.

Był piękny, ale nie miał skrzydła. To tak jakbyś nie miała serca.
Chyba ciężko byłoby żyć bez serca. Tak przynajmniej myślę.
Nie męczył się zbyt długo, umarł szybko. Ja chciałabym umrzeć
w sukni, jak księżniczka!

Przecież my nie umrzemy. Jesteśmy małe, a umierają tylko
starzy ludzie.

Odparłam.

Dziecięca naiwność i niewiedza to prawdopodobnie najlepsze, co nas
w życiu spotkało.

Gdy było już wiadomo, że szanse Aurelii na powrót do zdrowia
są nikłe, wszyscy stracili nadzieję. Wydawać się mogło, że ona swoją
chorobę traktuje jak film. Może chciała, żeby tak jak w hollywoodzkich
produkcjach, czekała na nią w szpitalu wielka miłość, żeby jej cierpienie
przyniosło dobro całemu światu. Mimo swojej wybujałej wyobraźni,
wiedziała jednak, że jej odejście z tego padołu łez nie będzie miało
większego znaczenia dla ogółu świata.
Zastanawiała się czasem, co spotka ją po śmierci. Zwykła
mawiać, że to będzie tylko podróż na drugą stronę lustra. Miała
nadzieję, że była dobra przez całe swoje życie i ktoś to może dostrzegł.
Chciała pójść do nieba. Chciała być człowiekiem także w następnym
wcieleniu. Chciała, aby Persefona nie okazała się taka zła. Chciała, żeby
mimo wszystko, czyny liczyły się bardziej niż wiara.
Aurelia często czytała bajki. Zawsze potrafiła dopatrzeć się w nich
czegoś więcej niż inni. To był jej cały świat. Dopiero, gdy nie była
w stanie przewrócić nawet strony w książce powiedziała:

Koniec.

Koniec książki? – zapytałam.

Mojej pewnie tak – odpowiedziała, ledwie się uśmiechając. Nie
wiedziałam o co jej chodziło, ale postanowiłam nie drążyć
tematu.

Tego dnia była niespokojna. Nie mogła spać, czytać, jeść, pić. Coś
ewidentnie było na rzeczy.

O co chodzi ?- zapytałam po dłuższej chwili.

Nie wiem, gdzie jest moja „Alicja w Krainie Czarów”. Muszę ją
skończyć dzisiaj.

Jutro jej poszukamy.

Jutro to nie będzie miało sensu.

Daj spokój, jutro będzie taki sam dzień jak dzisiaj.

Następnego dnia, gdy słońce ledwo zdążyło wstać, a jego zaspane
jeszcze promienie wlewały się przez szpitalne okna, szłam do Aurelii.
Tym razem jej nie zastałam. Na łóżku leżała tylko „Alicja w Krainie
Czarów”.
Autorka prozy: Pola Kobryń
Wyróżnienie w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

PRELUDIUM
W owym czasie do Novogardu przybył zamożny szlachcic.
Tryumfalny wjazd do wojskowego miasta mogłem obserwować
z najlepszego miejsca, jakie można było sobie wymarzyć. Byłem
bowiem wieziony przed orszakiem składającym się z poddanych
różnego stanu. Trwał on aż do wieczora. Nigdy nie rozumiałem, po co
robić z tego takie widowisko. Gdy przyszedł wieczór, a słońce schowało
się za ostatnią z wież, ojciec postanowił wyprawić ucztę. Kiedy
wszedłem do sali mym oczom ukazało się coś, czego nie widziałem już
od dwóch lat. Przepych, towarzyszący wieczerzy, był przeogromny.
Bogato zdobione wnętrze było prawdziwą przyjemnością dla oka.
Zastawa też nie pozostawiała nic do życzenia.

Najlepszego jadła

i trunków pochodzących z różnych stron świata nie brakowało na
biesiadnym stole. Wśród najróżniejszych potraw nie zabrakło ni chleba,
ni soli. Wilkomir był bowiem człekiem szlachetnym, o dobrym sercu.
Odzienie jego było bardzo bogate. Rycerskie ceremonialne szaty
pasowały do wysokich butów, które zazwyczaj nosił. Włosy miał
kruczoczarne, oczy zaś jasnozielone. Nie dało się nie zauważyć, że był

to człowiek dobrze zbudowany, o potężnych rękach, w których zwykł
dzierżyć

grawerowany, obusieczny miecz. Twarz mojego ojca

promieniała bardziej niż zwykle. Nie było to bowiem zwykłe przyjęcie.
Następnego dnia odbyć się miało moje wesele. Kończyłem bowiem
szesnaście lat, a w XIII wieku na ziemiach polskich panowała tradycja,
że każdy chłopiec w szesnastym roku życia musi poślubić piękną
dziewicę. „Najgłupsze co może być” – myślałem. Nawet nie wiecie, ile
bym dał, żeby móc wrócić do tamtej chwili i nie popełnić tego błędu,
jakim było sprzeciwienie się woli ojca. Wystawiło go to na
pośmiewisko. Wtedy przybyła ostatnia z zaproszonych – Ce’Vanne,
piękna, jak zawsze. Była ona córką wielkiego władcy z pobliskiej
twierdzy w lesie Tenebris Silva Dryad i kandydatką na moją żonę. Na
jego dworze przebywały różne magiczne istoty, a zwłaszcza elfy,
driady, nimfy i rusałki. A na imię miał Tamaerl. Będąc świadkiem mojej
kłótni z Wilkomirem, zapytała:
– Drodzy panowie, czemu służyć mają wasze waśnie? Nie kłóćmy się,
już jutro zostaniemy rodziną. Nie czas na siebie krzyczeć przed tak
ważnym dniem.
– Żadnego ślubu nie będzie – powiedziałem oburzony. Nie myślałem
wtedy o konsekwencjach, jakie mogliśmy za to ponieść.
– Nie słuchaj tego młokosa, moja Pani. Jego wola nie zmienia naszych
jutrzejszych planów. Nie pozwolę aby…
Nie zdążył dokończyć. Wypowiedź przerwała mu lecąca w kierunku
jego twarzy moja pięść. Nie zdążył się obronić i upadł na posadzkę. Do
końca życia żałowałem swego czynu. Jakaś kobieta zaczęła krzyczeć. Na
sali zapanował chaos. Nim się spostrzegłem doskoczyło do mnie pięciu
strażników,

a

dwóch

pozostałych

podniosło

swego

władcę.

Obezwładnili mnie i zawlekli do lochu. Jakąś godzinę później przyszedł
do mnie dziesiętnik i powiedział, że ojciec wzywa. Nie chciałem iść, ale
opór nie miał sensu. Gdybym jeszcze wtedy miał tę świadomość… Po
mojej odmowie strażnik wszedł do celi i kopnął mnie w przeponę.
Przez chwilę nie mogłem oddychać. Podniósł mnie za moje bujne włosy
i zawlókł za nie przed oblicze ojca. Kiedy Wilkomir zobaczył jak mnie
potraktowano, wpadł w gniew. Kazał stracić agresywnego żołnierza,
a do mnie przemówił tymi oto słowami:
– Drogi Mikosławie. Kazałem ciebie przyprowadzić, ponieważ skalałeś
swoim haniebnym czynem cały nasz ród. Nic nie mów. Nawe nie próbuj
wydać z siebie najcichszego dźwięku. Gdyby nie to, że jutro jest twój
wielki dzień, skończyłbyś na stryczku razem z panem dziesiętnikiem.
Nie martw się jednak. Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, jestem
skłonny wziąć pod uwagę okoliczności łagodzące. Powiedzmy…
zostaniesz tylko wychłostany – w jego głosie było coś, od czego po
plecach przeszły mnie ciarki.
Długo milczałem, ale jedno pytanie nie dawało mi spokoju. Musiałem
zapytać.
– Gdzie ona jest? Gdzie jest Ce’Vanne? Mów!
– Nie wiem, liczyłem na to, że ty mi powiesz. Nie pamiętam nic, co się
działo po twoim ciosie…
– Wydawało mi się, że wybiegła z sali. Może błąka się po ulicach, a po
zmroku nie trudno o nóż w plecy. Trzeba czym prędzej wszcząć
poszukiwania. I jeszcze jedno ojcze. Przepraszam cię z całego serca. Nie
patrz tak na mnie. Przysięgam na mój honor, że nie kłamię.

– Ty nie masz honoru. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Niech
ci będzie, przyjmuję twoje przeprosiny, ale kara cię nie ominie.
– Wiem ojcze…
– A teraz idź do swojego pokoju. Nie pozwolę, aby mój syn gnił
w zamkowych lochach.
– Dziękuję ci, zaprawdę szlachetny z ciebie mąż. – Żadne słowa nie
mogły wyrazić mojej wdzięczności, ale i żalu. Wstyd mi było klęczeć tak
przed tatą i liczyć na jego łaskę. To uczucie przeszywało me serce,
niczym włócznie. Nawet nie śmiałem myśleć o jakimkolwiek
ułaskawieniu,
a jednak on mi je podarował. Nie wiem, czy miałbym na tyle
wyrozumiałości dla kogokolwiek.
Po rozmowie Wilkomir wezwał ludzi, aby mnie rozkuli i zaprowadzili
do pokoju. Rozkazał także rozpocząć poszukiwania panny Ce’Vanne.
Następny dzień zleciał na poszukiwaniach zaginionej księżniczki.
Wysłano także gońców do Tenebris Silva Dryad, lecz żaden z nich nie
wrócił. O godzinie 21:00 miał się odbyć mój wyrok – dziesięć batów.
Po całym dniu szukania byłem bardzo zmęczony, więc trzy godziny
przed rozpoczęciem mojego aktu pokutnego poszedłem do pokoju
i zasnąłem. Obudził mnie straszliwy huk. Przestraszony padłem na
ziemię. W tej samej chwili przez drzwi wbiegł strażnik. Mimo tego, że
byłem
w bieliźnie nie wstydziłem się. Zapytałem tylko:
– Dominiku! Co się stało?

– Mój panie! Musimy się ewakuować do kanałów. Zdobyli większość
zamku. Twój ojciec broni się z Zygfrydem i paroma rycerzami w sali
tronowej. Do nas należy jeszcze teatr i lecznica, ale to tylko kwestia
czasu, aż wkroczą i tam.
– Ale kto nas atakuje?! Mówże przyjacielu.
– Nikt nie wie na pewno, ale widziałem na tarczach napastników
drzewo.
– Drzewo powiadasz… Nikt z sąsiednich grodów przecież nie ma…
– i wtedy mnie olśniło. Przypomniałem sobie, że w Tenebris Silva Dryad
noszą takie tarcze. W tym momencie naszła mnie furia. Nie mogłem
zrozumieć po co ktoś, z kim mamy zawrzeć sojusz, oblega nasze miasto.
Byłem zmieszany, ale wiedziałem, że muszę wziąć się w garść. –
Dominiku, czy wiesz może kto dowodzi oblężeniem?
– Chodzą słuchy, że to Kadok. Ten sam, który walczy dla Leśników, ale
to nie może być… Panie, powiedz coś… Chyba nie myślisz, że…
– Psy! Psy i ścierwa najgorsze. Nie będziemy uciekać, o nie. Dominiku,
podaj mój miecz, ja wdzieję zbroję.
– Tak jest.
– A teraz czas wysiekać paru podkomendnych tej szui. Do sali tronowej,
żywo.
Gdy wyszliśmy na główną ulicę prowadzącą do miejsca, w którym
bronił się tata, zostaliśmy zaskoczeni przez komando wroga. Wyjąłem
z pochwy Mortem Dissenters i ruszyliśmy na napastników. Było ich
około dwudziestu. Skoczyłem do pierwszych pięciu i dużym zamachem

ciąłem wszystkich w okolice pępka. Trysnęła fontanna krwi. Nie zdążyli
nawet zareagować. Odwróciłem się i zobaczyłem, że przystępuje do
mnie kolejna szóstka. Tym razem sprawa była bardziej skomplikowana.
Jeden z nich był bowiem ciężkozbrojny. Na głowie nosił wzmocniony
lumidyjski hełm ochraniający zarówno czaszkę, jak i szyję. W rękach
dzierżył morgenstern i tarczę. Oba przedmioty były bogato zdobione
z widocznym pismem runicznym. „A więc magia” – pomyślałem. W tej
chwili podbiegł Dominik, który uporał się z resztą. Ciął szybko, ale
precyzyjnie. Ja zająłem się dużym. Walka trwała

co najmniej pół

godziny. Za każdym razem kiedy próbowałem go powalić, on parował
moje ciosy z taką prędkością, jakby jego broń nic nie ważyła. Wtedy
wpadłem na pewien pomysł. Rozjuszyłem przeciwnika i pobiegłem do
kościoła. Był tuż za mną. Kiedy wbiegliśmy usłyszałem huk metalu.
Obróciłem się, a olbrzym nie mógł podnieść swego oręża. W miejscach
świętych bowiem wszelka magia zanika. W jego oczach dostrzegłem
strach. W jednej chwili zerwał się do ucieczki, ale byłem od niego
szybszy. Siekałem w plecy wzdłuż kręgosłupa. Napastnik padł
nieruchomo. Wtem usłyszałem głos Dominika, który wołał o pomoc.
Pobiegłem za nim. Na miejscu zobaczyłem mojego towarzysza
obstąpionego zewsząd lekkozbrojnymi żołnierzami. Ruszyłem mu na
ratunek. Wrogowie nie mieli żadnych szans. Po drodze do zamku
natknęliśmy się na jeszcze kilka grup przeciwników, ale nie były aż tak
liczne. W końcu zdołaliśmy się przebić i wejść na dolne piętro zamku.
W środku naszym oczom ukazał się straszny widok. Wielu naszych
żołnierzy zostało bestialsko zamordowanych. Jednym słowem odbyła
się tu rzeź. Posadzka była przesiąknięta od juchy, a truchła zabitych
porozrzucane na ziemi. Niektóre nie miały głów, inne jakichś kończyn.
To była egzekucja… Nie mogłem uwierzyć, w to co zobaczyłem. W tym

momencie coś we mnie pękło. Miałem ochotę wybić ich wszystkich do
nogi.
– Mój panie, musimy… ruszać.
– Wiem Dominiku, czas na nas. Pomścimy ich, obiecuję to w obliczu
Boga, pomścimy…
W drodze do ojca widziałem jeszcze wiele okropności, ale nie chcę
o niech już wspominać. Gdy dotarliśmy na miejsce Wilkomir powitał
nas gorąco. Cieszył się bardzo, że widzi nas całych i zdrowych. Po
dłuższej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to jest wojna.
Spowodowało ją najpewniej moje zachowanie na sali, w której trwała
uczta. „Musiała się mnie przestraszyć, głupia dzikuska” – pomyślałem.
Razem z ojcem postanowiliśmy, że nie poddamy się bez walki
i będziemy odpierać ich ataki do ostatniego człowieka.
Zmagania trwały długo i kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec,
z odsieczą przybył nam Zygmund, który był panem wielkiego królestwa
na wschodzie. Przybył on na spotkanie, które miało się odbyć w naszym
grodzie, i kiedy spostrzegł machiny oblężnicze przed murami
Novogardu postanowił zebrać armię i przybyć nam na ratunek.
Wspólnymi siłami wyparliśmy napastników z miasta. To wydarzenie
miało być preludium, do nadchodzących czasów szabli i młota. Czasu
wielkiej wojny, która miała przynieść tylko śmierć.

Autor prozy: Mikołaj Niemczewski
III miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

„PO MOJEJ STRONIE LUSTRA”
Zastanawiałeś się kiedyś, co dzieje się z twoim odbiciem w lustrze? Na
przykład, gdy nie ma cię w domu lub odwracasz się do niego tyłem.
Nie? Nie dziwię ci się… Kogo by interesowało coś, co rzekomo bez niego
nie istnieje? A… Jeżeli jednak po drugiej stronie lustra jest życie?
Nie musisz czytać poprzedniego zdania od nowa. Dobrze zrozumiałeś.
Powiedziałem ŻYCIE. Teraz uznałeś mnie pewnie za wariata. Przecież
za lustrem może być jedynie zakurzona ściana. Ewentualnie jakieś
ukryte drzwi, a czasem wiadomość. Jednak

się mylisz. Nie jestem

szalony. Zapewne nadal mi nie wierzysz, bo skąd jakiś przypadkowy
mężczyzna może wiedzieć, co znajduje się za taflą lustra? Przejdźmy do
sedna… Teraz dam ci chwilę na przygotowanie się psychicznie do tego,
co zaraz powiem. Najlepiej usiądź. Gotowy? No dobrze…
Ja mieszkam w lustrze.
A dokładniej w lustrach całego świata. Nie rób takiej miny. Nie śmiej
się. Nie rozglądaj się! I tak mnie nie zobaczysz. Zdziwiony? Przecież
masz gdzieś lustro, prawda? Nie martw się. Mam swoje życie. Nie
podglądam cię dla zabawy. Jednak sięgając po te zapiski, nawiązałeś ze
mną pewną więź. Zrób mi tę przyjemność i doczytaj do końca. Tak
dawno z nikim nie rozmawiałem…
Ale wracając do sprawy. Może opiszę ci siebie? Nie wiem, ile mam lat.
Jestem dość wysoki (około 185cm). Mam brązowe włosy. Nie wiem,
jakiego koloru mam oczy, bo nigdy nie widziałem swojej twarzy.
Przeważnie chodzę w bluzie i dżinsach. Ubrania, jak i różnego rodzaju
sprzęty elektroniczne lub gazety „pożyczam” od ludzi

z waszego

świata. Zwyczajnie staję naprzeciw jakiegoś człowieka. Nie wiem

czemu, ale to co ma na sobie przenosi się i na mnie. On oczywiście widzi
tylko siebie.
Jeżeli ty spojrzysz teraz w lustro to też nie zobaczysz nikogo oprócz
swojego odbicia. Można powiedzieć, że jestem w jego cieniu.
Nikt mnie nigdy nie widział. Od wieków chodzę po lustrzanym świecie.
Nie wiem, skąd pochodzę.
Nie wiem nawet, czy mam rodzinę. Jesteś pewnie ciekawy dlaczego nie
mogę się o to kogoś spytać.
To proste. Zwyczajnie nie mam kogo. Wyprzedzając twoje pytanie,
odbicia ludzi nie są żywe, więc nie mogę z nimi zamienić nawet słowa.
Można powiedzieć, że są jak zjawy. Pojawiają się, gdy ktoś chce się
przejrzeć w lustrze i rozpływają się, gdy skończy. To właśnie dzieje się
z twoim odbiciem. Teraz twoje lustro jest puste i mógłbyś mnie
zobaczyć. Przecież ci mówiłem, że nie warto się rozglądać! Patrząc
w lustro, przywołujesz swoje odbicie. Teraz rozumiesz, dlaczego nikt
mnie nigdy nie zobaczył?
Choć właściwie to nie do końca prawda. Jakieś 60 lat temu pewna
staruszka mnie ujrzała.
Trwało to tylko sekundę, ale tak się zlękła, prawie dostała zawału.
Ja również się przestraszyłem. Do dziś nie wiem dokładnie, co się stało,
ale mam pewną teorię. W chwili, gdy obserwowałem ją zza zjawy, ta
nagle rozpłynęła się. Mocno się wtedy zdziwiłem, bo ta starsza pani
nadal się przeglądała w swoim odbiciu. Moim zdaniem widmo odeszło,
bo umarło. Jak coś, co w ogóle nie oddycha miało umrzeć? Sam nie
jestem tego pewny.
Chciałbym ci opowiedzieć jeszcze kilka historii, które mnie spotkały.

Bohaterem pierwszej z nich jest mały, około siedmioletni chłopczyk.
Kiedyś bardzo lubiłem obserwować jak bawi się klockami.
Każdego dnia spędzałem przy nim cały mój czas.
Fascynowało mnie, jak dokładny jest każdy jego ruch. Inni nie
dostrzegali jego skupienia. Z czasem podrósł. Pamiętam, że gdy miał
dwanaście lat, rysował najlepiej ze swojej klasy. Nikt go nigdy nie
pochwalił.

Kiedy dorósł poszedł na studia. W tamtym momencie

przestałem go obserwować. Któregoś dnia zobaczyłem w gazecie, którą
czytał pewien starszy pan, imię tego chłopca. Nazywał się Philip
Johnas. Chłopiec, którego nikt nie doceniał w dzieciństwie stał się
światowej sławy architektem.
Kolejna historia jest o tym starszym panu. Był samotny. Jego żona
zmarła w wyniku wypadku. Potrącił ją motocyklista. Kobieta
przechodziła przez ulicę, gdy on wyjechał zza zakrętu.
Nie zdążył zareagować i uderzył ją w plecy. Zmarła w drodze do
szpitala. Jej mąż nie mógł się z tego otrząsnąć. Stracił jedyną osobę
w swoim życiu. Pewnie trwałby w żałobie do dziś, gdyby nie pewna
dziewczyna. Miała na imię Marika. Zgłosiła się w szkole do czytania
osobom w podeszłym wieku. Jednak robiła coś więcej. Nie tylko czytała,
ale też rozmawiała z tym panem. Zawsze próbowała go pocieszyć.
Dzięki niej starzec był weselszy. Jednak nie trwało to długo. Minęły dwa
miesiące, starszy pan zmarł, ale był szczęśliwy. Wiedział, że zaraz
zobaczy się z żoną.
Teraz opowiem ci o tej dziewczynie. Na pozór miła, grzeczna i mająca
dużo przyjaciół osoba.
Nikt nigdy nie podejrzewał, że może mieć jakieś problemy. Nawet
rodzice. W szkole była znana i lubiana, ale nie przez Kornelię. Ona była
przepełniona nienawiścią do Mariki.

Dokuczała jej i dręczyła ją w taki sposób, że nikt o tym nie wiedział.
Gdyby dziewczyny ze sobą porozmawiały, być może dogadałyby się.
Kiedyś Marika wróciła do domu w poszarpanej kurtce. Powiedziała, że
skoczył na nią pies. Nie wiedziała, że został na nią napuszczony celowo.
Innego dnia miała włosy w zielonej farbie. Twierdziła, że przechodziła
pod drabiną i spadła na nią puszka z farbą. Nic z tym nie robiła.
Po sześciu tygodniach nagle to ustało.

W tym samym czasie

obserwowałem również Kornelię. Chciałem się dowiedzieć, co jest
powodem znęcania się nad rówieśnicą. Chodziłem za nią przez ten cały
czas.
W końcu usłyszałem jej rozmowę z mamą. Dziewczyna wyznała, co robi
koleżance. Mama spytała, co jest powodem takiego zachowania i wtedy
poznałem prawdę. Kiedy Kornelia była mała miała siostrę – Mirandę.
Pewnego dnia obie jechały z rodzicami na święta do babci. Tamtego
wieczoru było bardzo ciemno. Ich ojciec nie zauważył jelenia
wybiegającego na drogę. W ostatniej chwili zdążył

go ominąć, ale

mocno zarzuciło wtedy samochodem. Wszyscy wyszli z tego bez
szwanku, oprócz Mirandy. Uderzyła się w głowę i na chwilę straciła
przytomność. Kiedy dojechali do babci dziewczyna miała mocne
zawroty głowy. Nie przeżyła nocy. Zmarła we śnie z powodu wstrząsu
mózgu. Jednak czemu z tego powodu Kornelia dręczyła Marikę?
Dziewczyna bardzo przypominała jej siostrę. Nie tylko wyglądem, ale
też charakterem. Miała też dość słuchania o Marice, o tym jaka jest
wspaniała i jaką ma cudowną rodzinę. Zazdrościła jej i z tego powodu
chciała jej nieszczęścia.
Wiem, że teraz zrobiło się dość smutno, ale nie martw się, znam też
kilka wesołych historii.
Na przykład, spotkałem kiedyś mężczyznę, na oko trzydziestoletniego,
który zawsze przed wyjściem do pracy stawał przed lustrem

i opowiadał różne dowcipy. Niektóre bardzo mnie śmieszyły, a nad
innymi musiałem pomyśleć zanim je zrozumiałem.
Moim ulubionym jest żart o Jasiu: „Mama pyta Jasia: – Po co ci mapa
i kompas? – Bo idę posprzątać swój pokój…”
Podoba ci się? Mam nadzieję, że tak. Wiesz, czemu go najbardziej lubię?
Bo kiedyś byłem w takim pokoju. Czułem się, jakbym pływał
w brudnych ubraniach. Dosłownie. Cały bałagan sięgał do połowy
lustra.
Chciałbym ci na koniec opowiedzieć nie o człowieku, ale o zwierzętach.
Wszystkie języki świata są dla mnie zrozumiałe, w tym również mowa
zwierząt. Każde szczeknięcie, miauknięcie czy jakiś odgłos, oznacza
zupełnie coś innego. Najmniejszy ruch ogonem, postawienie lub
drgnięcie ucha, decyduje o tym, co chcą ci przekazać. Chciałbym
wyprowadzić cię z błędu tyczącego się interpretacji niektórych gestów
wykonywanych przez zwierzęta. Dotąd myślałeś, że podkulony ogon
i opuszczone uszy świadczą o strachu. Niekoniecznie. Mogą oznaczać
też zmęczenie lub stres. A merdanie ogonem nie zawsze znaczy radość.
Czasem chodzi o zniecierpliwienie. Ból czasem jest okazywany nie
pisknięciem, ale znużeniem i ospałością. Ogon wtedy nie jest ani
podkulony, ani wesoły. I nieprawdą jest, że psy są wierniejsze od
kotów. Te drugie są po prostu bardzo dumne i rzadko okazują uczucia.
Niestety czas na moją rozmowę z tobą dobiegł końca. Szkoda. Mam
nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się porozmawiać. Chciałbym
jeszcze tyle ci powiedzieć. Chciałbym też, abyś wziął sobie do serca
niektóre
z moich historii. Przemyśl je. Zastanów się nad nimi. Życzę ci
wszystkiego, co najlepsze. Nigdy się nie poddawaj. Gdy będziesz miał
jakiś problem, pogadaj z kimś o nim. I obiecaj mi, że zawsze będziesz

patrzył w lustro z radością. Jeżeli kiedyś znajdę sposób, aby się komuś
pokazać, to ty będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie.
Tymczasem: Żegnaj…

Autorka prozy: Ania Krajewska
II miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

ZEGARMISTRZ
Wskazówki zegarka wskazywały godzinę trzecią po południu. Nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wskazywały ją od co
najmniej dziesięciu minut. Zupełnie stanęły w miejscu.
Wysoki, aczkolwiek przygarbiony, szczupły staruszek uśmiechnął się
na ten widok. Udało mu się. Mężczyzna schował kieszonkowy zegarek
z powrotem do kieszeni zbyt dużej marynarki. Nie miał do niego
przyczepionej dewizki jak większość ludzi. Nie czułby się komfortowo,
oznajmiając niewerbalnie wszystkim, iż go posiada. Jako, że akurat ten
czasomierz nie należał do niego. A przynajmniej nie bezpośrednio.
Zmierzył wzrokiem ulicę, na której się znajdował. Bure, murowane
kamienice wznosiły się nad jego głową, tworząc ściany miejskiego
labiryntu. W każdym z mieszkań, widocznych z zewnątrz przez okna,
odgrywana była inna sztuka, w której aktorami byli zwykli mieszkańcy.
Wyglądało to tak, jakby ktoś chciał uwięzić jak najwięcej teatralnych
scen pod jednym gmachem. Dookoła panował gwar, przez który
próbował się przebić głos chłopca sprzedającego gazety, jednak tupot
koni niestrudzenie ciągnących dorożki i omnibusy we wszystkie strony

świata skutecznie mu to uniemożliwiał. Najmożniejszych ludzi bez
trudu można było rozpoznać – bogato zdobione koronkami kolorowe
suknie wytwornych pań łatwiej było zauważyć niż skryte w nich, jak
cukierki w papierkach, właścicielki. Panowie, choć ich stroje nawet
w najmniejszym stopniu nie dorównywały strojom pań, i tak wyglądali
niczym wyjęci z paryskiego pokazu męskiej mody.
Wszystko było takie, jak mężczyzna zapamiętał. Wspomnienia
powróciły do niego ze zdwojoną siłą.
Odetchnął głęboko i uśmiechnął się półgębkiem. Podziwiając każdy
szczegół swojego rodzinnego miasta, ruszył powolnym krokiem
w kierunku tak dobrze mu znanej pracowni zegarmistrza.
***
– Aleksandrze! Przyjdź no tu!
Chłopak wzdrygnął się na dźwięk ostrego głosu swojego pracodawcy.
Natychmiast podniósł się ze stołka, na którym siedział, przy okazji
przesuwając ladę nieco do przodu. Zegar stojący na jej krawędzi
zachwiał się niebezpiecznie i runąłby na podłogę, gdyby nastolatek nie
zdążył go złapać w ostatniej chwili.
– Niech to szlag- mruknął pod nosem. Odstawił czasomierz na miejsce,
tym razem dalej od skraju blatu i ruszył prędko w kierunku gabinetu.
Wbiegając po drewnianych schodach, podwinął rękawy i wygładził
ciemnozielony fartuch.
– Tak, proszę pana?- rzekł, stając w progu. Zegarmistrz pracował
pochylony nad biurkiem tak, że nosem prawie dotykał drewnianej
płyty. Nawet nie spojrzał na młodzieńca, wlepiał oczy bezustannie

w ciąg połączonych ze sobą kół zębatych, próbując znaleźć błąd, przez
który koła nie mogły działać prawidłowo.
– Czy pani Aldaya już przyszła? Miała odebrać zegar z kukułką
i zapłacić za jego naprawę – rzucił mężczyzna od niechcenia
pochłonięty wykonywaną czynnością.
– Nie, nie było jej jeszcze – odparł Aleksander.- Miała przyjść w środę,
jeśli dobrze pamiętam, a dzisiaj jest wtorek. Niech pan tylko zobaczy
kalendarz.
Dżentelmen gwałtownie obrócił ku niemu głowę. Luneta, którą
trzymał przy oku wypadła mu z dłoni i potoczyła się po podłodze.
– Naprawdę? W takim razie po co ja od białego rana nieustannie
próbuję naprawić ten jej złom! Ależ ze mnie niemota, to przechodzi
ludzkie pojęcie.
Młodzieniec podszedł do szefa i podniósł lunetę. Wręczył ją
pracodawcy z lekkim uśmiechem politowania na ustach.
– Powinien pan wziąć sobie urlop, panie Crowlson. Od dłuższego czasu
widać, iż jest pan zmęczony ciągłą pracą.
John Crowlson wstał i przeciągnął się. To, co mówił Aleksander było
prawdą. Zdecydowanie powinien odpocząć. Jego wygląd mówił sam za
siebie. Przez te kilka miesięcy nieustannego harowania bardzo
wychudł, zaniedbał fryzurę, ciągle miał sińce pod oczami, nie
przywiązywał zbytniej wagi do ubioru. Nie miał chwili na drobne
przyjemności. Stał się istnym cieniem człowieka. Ale czasy były ciężkie,
a on potrzebował pieniędzy. Stan jego majątku nie pozwalał mu
zaniechać pracy, a wręcz nalegał, by jeszcze bardziej zwiększyć jej ilość.

Crowlson wzruszył więc tylko ramionami udając, że nie ma pojęcia, o co
może chodzić młodemu uczniowi.
Nagle obydwoje usłyszeli skrzypienie otwieranych na dole drzwi
wejściowych. Kolejny klient przyszedł.
Starszy

zegarmistrz

natychmiast

minął

Aleksandra

i

niemal

przefrunął, a nie przebiegł po schodach w dół.
– Witam, w czymże mogę służyć?- wygłosił serdecznym tonem
tradycyjną formułkę, jak na dobrego sprzedawcę przystało.
Na środku sklepu wypełnionego równym tykaniem setek wskazówek,
co

było

zasługą

Crowlsona,

sklepu

porządnie

wysprzątanego

i wypastowanego, o co Aleksander osobiście zadbał, sklepu dla ludzi
dojrzałych i przejmujących się upływającym czasem, o co ówczesne
społeczeństwo osobiście zadbało, stał chłopiec. Caluteńki w kurzu,
błocie i Bóg wie czym jeszcze. Nie dość, że stał, to jeszcze bezczelnie
kręcił minutową wskazówką największego zegara z wahadłem.
Mężczyzna zmierzyłby go surowym wzrokiem, gdyby nie rozmarzony
wyraz twarzy chłopca. Dokładnie tak samo wyglądał on w czasach swej
młodości, kiedy przyglądał się pracy swojego dziadka próbującego
samodzielnie naprawić mechanizm budzika. Pod wpływem sentymentu
uśmiechnął się lekko.
– Widzę, że podoba ci się tu, chłopcze.
Dzieciak odwrócił się ku niemu, jakby wcześniej go nie zauważył.
Zostawił nieszczęsne wskazówki w spokoju i podszedł do lady.

– Chciałem tylko, żeby pan coś naprawił, prze pana…- powiedział
cichutko speszony.
Crowlson uniósł brew wyczekując dokładniejszych objaśnień.
Chłopiec zaczął grzebać w kieszeni spodenek i po uporczywych
poszukiwaniach znalazł kieszonkowy zegarek. Położył go na blat.
– Niech pan zobaczy. Zepsuł się.
Czarnowłosy mężczyzna ujął urządzenie w dłoń i uważnie się mu
przyjrzał. Koperta była srebrna z delikatnymi kwiatowymi zdobieniami
dookoła tarczy. Cyfry rzymskie, kiedy przyjrzało im się bliżej, okazały
się figurami ułożonymi z ludzkich sylwetek. Smukłe wskaźniki zastygły
nieruchomo równo na godzinie trzeciej. Rzymska trójka składała się
z trzech postaci stojących obok siebie. Pierwsza zasłaniała dłońmi oczy,
druga uszy, a ostatnia usta. Czasomierz bez wątpienia nie należał do
najtańszych, wręcz przeciwnie. Zegarmistrz zerknął podejrzliwie
na chłopca.
– To twój zegarek, chłopcze?- spytał. W ostatnich latach liczba złodziei
znacznie wzrosła, a on nie miał najmniejszej ochoty na wzywanie
policji.
Małolatek zastanawiał się chwilę rozglądając się po sklepie.
– Chyba nie – rzekł niepewnie – To zegarek mojego zmarłego dziadka,
ale wujek mi powiedział, że mam go wziąć na przechowanie. Dzisiaj
przestał działać, nie wiem czemu. Nic z nim nie robiłem, ani razu nie
spadł mi na podłogę, naprawdę.
– A przekręcałeś regularnie koronkę?- dopytywał się mężczyzna.

– A co to takiego jest?
Zegarmistrz wzniósł oczy ku niebu. Niecodziennie miał do czynienia
z dziećmi, którym wszystko trzeba było tłumaczyć.
– Koronka to te kręcidełko, widzisz?- wyjaśnił, demonstrując wszystko
na zegarku
– Trzeba je codziennie przekręcać, aby cały mechanizm działał
prawidłowo. Koronka napędza serce zegara, zobacz.
Chłopiec

przyglądał

się

z

zaciekawieniem.

Pokiwał

głową

w zamyśleniu.
– Coś tam kręciłem, ale czy codziennie i czy w tę samą stronę…
– Rozumiem – mruknął zegarmistrz.- Zaraz ją nakręcimy i zobaczymy,
czy to w tym tkwi problem.
Jak powiedział, tak zrobił. Obrócił koronkę parę razy, a po chwili
rozległo się cichutkie tykanie sekundowej wskazówki. Poszło łatwo.
– Widzisz, już naprawione…- zaczął i urwał nagle. Chłopiec zniknął.
Crowlson rozejrzał się. Przecież ten chłopiec nie mógł rozpłynąć się
w powietrzu! Jeszcze przed sekundą przed nim stał! Cóż za nonsens!
Czyżby miał zwidy od ciągłego zmęczenia?
Podszedł do drzwi wyjściowych i wyjrzał przez nie. Wyrostka ani
śladu. Pokręcił z niedowierzeniem głową. Nie rozumiał ni w ząb
zaistniałej sytuacji. Po co mały miałby uciekać? Ukradł coś? Ta opcja
wydawała się bardzo prawdopodobna.

– Aleksandrze, wychodzę! – krzyknął zakładając cylinder na głowę.
Chwycił jeszcze naprawiony zegarek chłopca w dłoń i popędził ulicą
przed siebie.
Nie wiedział, w którą stronę powinien biec. Malec mógł być wszędzie!
Zaczął pytać przechodniów, lecz nikt nie widział żadnego chłopca
wybiegającego z budynku. To było co najmniej dziwne. Mężczyzna zdał
sobie sprawę, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Wrócił do sklepu,
nie tyle zły, co zawiedziony i zdezorientowany.
– Już jestem. Wybacz, że tak nagle wybiegłem, ale stało się coś…
niebywałego- powiedział, szukając wzrokiem jedynego pracownika.
I owszem, dostrzegł postać stojącą za biurkiem, lecz nie był to
Aleksander, tylko wysoki staruszek.
Crowlsonowi odebrało mowę. Natychmiast przestał się przejmować
jakimś tam drobnym złodziejaszkiem. Tajemniczy osobnik do złudzenia
przypominał jego zmarłego przed laty dziadka. To tylko zbieg
okoliczności – przemknęło mu przez myśl. To przecież niemożliwe, by
ktokolwiek powrócił zza grobu. Ale ta twarz, ta sylwetka, te oczy… Czy
istnieje na świecie dwoje aż tak podobnych ludzi? Mimo wszystko
pozostał sceptyczny.
– Dzień dobry- rzekł ostrożnie.- Czy może mi pan wyjaśnić, kim pan
jest i co pan robi na moim stanowisku?
Spodziewał się choćby odrobiny zakłopotania u nieznajomego, lecz ten
uśmiechnął się szeroko i o mało się nie roześmiał.
– Podejdź bliżej, chłoptasiu, nie słychać cię wcale – powiedział
serdecznie starzec.

– Kto ci założył na głowę ten cylinder? Zaraz w nim utoniesz!
Zegarmistrz zamarł. To było do niego? Chłoptasiu, do dorosłego
mężczyzny? Gdyby jeszcze wyglądał młodo, ale najwyraźniej tak nie
było. Pogładził się po policzku, jak to nawykł robić. Oniemiał. Nie czuł
brody!
A nie golił się od… Właściwie to nie pamiętał, kiedy ostatnio się golił.
Niedaleko niego stał wielki zegar z wahadłem, którym wcześniej bawił
się tajemniczy chłopiec. Podszedł do niego i przejrzał się w szybce.
– Dobry Boże…
W lustrzanym odbiciu patrzył na niego kilkunastoletni dzieciak,
którym był przed laty. Czarne, rozczochrane włosy, w których nie było
ani śladu siwizny. Ujrzał oczy, ale nie te poważne oczy dorosłego,
a beztroskiego malca. Oblicze całe w kurzu, skrywające się w cieniu,
jaki rzucało rondo kapelusza, teraz mocno za dużego. Był znów
dzieckiem. Nie miał najmniejszego pojęcia, jak to możliwe, ale wolał
choć przez chwilę nie zaprzątać sobie tym głowy. A może po prostu w
końcu doszedł do głosu naiwny malec, w którego ciele się znajdował.
To jednak nie było w tamtej chwili ważne.
– Ej, Johnny, nie przyjdziesz do starego dziadka? Zaraz zakwitniesz
przy tym zegarze!
Mężczyzna, a raczej teraz chłopiec, odwrócił się i podbiegł do
staruszka. Rzucił mu się w ramiona. Ile lat on go nie widział? Od jak
dawna za nim tęsknił! Ile razy żałował tych chwil, które miały nigdy nie
nadejść! A teraz stał w niego wtulony, wtulony bardziej w jego
marynarkę niż w niego, bo starzec był już bardzo chudy. John chłonął

każdą sekundę spędzoną w ciepłym uścisku kogoś, kogo miał już więcej
nie zobaczyć. Nie wierzył w swoje szczęście. Piękniejszego uczucia nie
mógł sobie wymarzyć.
– No, wnuczku, nie przesadzajmy- zaśmiał się dziadek uwalniając
Johna z uścisku. – Widzieliśmy się przecie całkiem niedawno, czyż nie?
– Tak, racja- odparł chłopak niepewnie. Stary zegarmistrz nie wiedział,
jak niewiele wspólnego czasu im pozostało. Nie mógł mieć mu tego za
złe, prawda?
Usłyszeli skrzypienie drzwi wejściowych. Do sklepu weszła pani
w średnim wieku wraz z małą córeczką trzymającą lalkę w dłoni.
– O, pani Aldaya! I panienka Aldaya! Jak miło panie widzieć- zabrzmiał
ówczesny właściciel.- No, Johnny, uciekaj do domu, a ja przyjdę do was
po pracy. Zmykaj!
Chłopiec pokiwał głową. Wyszedł z budynku, ale jeszcze przez chwilę
patrzył, jak jego ukochany dziadek oddaje się temu, co sprawiało mu
największą radość. Pojedyncza łza spłynęła mu po policzku. Wyjął
srebrny zegarek z kieszeni. Przekręcił koronkę tyle samo razy co
wcześniej, tyle że w drugą stronę. Wskazówka godzinna znów była
równo na trójce złożonej z trojga ludzkich postaci.
Podniósł głowę, ale już nie jako mały Johnny, tylko pan John Crowlson.
A przed nim stał chłopiec, wciąż przyglądający się bacznie każdej jego
czynności.
– Już? Tak szybko pan to naprawił? – zdziwił się ubłocony maluch.
– Myślałem, że trzeba będzie poczekać.

Crowlson wytrzeszczał oczy na osóbkę przed sobą. Zamrugał kilka
razy, ale nic nie powiedział.
– Bardzo panu dziękuję, prze pana! Jest pan świetny! Chcę kiedyś
zostać tak dobrym zegarmistrzem jak pan! Do widzenia!
Kiedy drzwi za chłopcem zamknęły się z hukiem, mężczyzna wciąż stał
jak słup soli i gapił się tępo w przestrzeń. Czy to wszystko, co mu się
przytrafiło, zdarzyło się naprawdę, czy on miał coś nie tak z głową?
Usłyszał kroki Aleksandra schodzącego po schodach. Młodzieniec
zaraz stanął obok niego.
– Wszystko w porządku, panie Crowlson? Jest pan jeszcze bladszy niż
zwykle. Nie rozchorował się pan?
Zegarmistrz wolno pokręcił głową, chociaż sam nie wiedział, czy aby
na pewno wszystko było z nim dobrze.
– Wiesz co, Aleksandrze, jednak miałeś wcześniej rację. Od jutra biorę
sobie tydzień urlopu, a jeśli Bóg pozwoli, to nawet dwa.
***
Wysoki staruszek stał przed witryną sklepu zegarmistrzowskiego.
Obserwował siebie z dawnych lat rozmawiającego z przyszłym
właścicielem firmy, ale teraz jeszcze będącego tylko uczniem. Ach, te
stare, męczące, dobre czasy.
Z budynku wyszedł chłopiec cały umorusany, ale z niesamowicie
błyszczącym srebrnym zegarkiem w ręku.

– Już naprawione- powiedział wesoło.- Tylko ciągle nie rozumiem,
czemu sam pan nie mógł iść się zapytać, tylko wysłał pan mnie.
Starzec uśmiechnął się smutno.
– Widzisz, ludzie bez trudu są w stanie rozpoznać przyszłego siebie,
lecz przyznanie się do siebie z przeszłości już do takich łatwych zadań
nie należy. Ludzie to naprawdę dziwne stworzenia.
Malec wzruszył ramionami. Nadal nic nie rozumiał.
– Mogę zatrzymać ten zegarek, proszę pana?
– Oczywiście. Tylko używaj go rozważnie. A teraz wybacz, na mnie już
pora.
Siedemdziesięcioletni John Crowlson udał się w głąb dawno
niewidzianego

rodzinnego

miasta,

zostawiając

za

sobą

trzydziestokilkuletniego pana Johna Crowlsona i siedmioletniego
Johnny’ego. Przez całą drogę towarzyszył mu równie tajemniczy jak on
sam uśmiech.
Autorka prozy: Weronika Gancewska
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Gimnazjów

LIVIANNA
Krępy mężczyzna dorzucił kilka gałęzi do ogniska. Zapadał już
zmrok, a dookoła nie było nikogo poza nim i kilkoma towarzyszącymi
mu osobami. Ruda dziewczyna siedziała oparta o drzewo, wpatrywała
się w gwiazdy. Chwilę później zaczęła bawić się swoimi włosami.

– Liv, zaczynasz?- zapytał ją mężczyzna.
– Jeju, przecież jak będzie gotowa to zacznie. Prawda?- uśmiechnęła się
Vivien, niska blondynka ubrana w zniszczoną lnianą suknię. Liviana
odrzuciła włosy na plecy.
– Tak, pewnie. Już mówię.. To…. Zacznijmy od tego, że mieszkałam
w Hisakoi. Tam się wychowałam, dorastałam, jak byłam trochę starsza
to wyjechałam, żeby się uczyć – powiedziała od niechcenia.
– Czekaj…. W Hisakoi? Przecież stamtąd pochodzą najgorsi przestępcy
w tej części państwa! – niemalże wykrzyczała Vivien.
– Wszyscy tak to postrzegacie… Ale tak nie jest. Znam wielu ludzi, którzy
tam mieszkali, doskonali lekarze i zielarze, kapłani, kiedyś chyba nawet
mielimy króla pochodzącego z Hisakoi. Ale mniejsza o to….
Kiedy w końcu wyjechałam, miałam około 12 lat. Pierwszy raz
wróciłam do domu w moje 15 urodziny. Przez ten czas moim jedynym
kontaktem z rodziną i przyjaciółmi były listy. Rozumiecie więc, że
niezmiernie się cieszyłam jadąc do Hisakoi po tylu latach. Pamiętam,
że pierwszy raz tak szybko jechałam konno. Przejeżdżałam przez ten
okropny las. Mało kto potrafi go pokonać bez żadnego uszczerbku na
zdrowiu. Ogólnie zawsze wychodziłam z niego bez szwanku, ale tym
razem zapomniałam o tym, żeby w ogóle pilnować swojego
bezpieczeństwa. Stado vinhów rzuciło się na mojego konia. Ale na
szczęście udało mi się je odgonić. – Liviana spojrzała na Vivien, która
prawie rzuciła się na nią.
– JAK TO VINHÓW? TO NIE JEST LEGENDA? – krzyknęła blondynka. Liv
zaczęła się śmiać, kiedy zobaczyła reakcję dziewczyny. Vivien była cała
roztrzęsiona, wpatrywała się w nią z przerażeniem.
– Taaak… Nie są straszne, są trochę jak zwykłe wilki, tylko mają
mocniejsze zęby, no a ich futro zatrzymuje każdy pocisk, działają na nie
tylko płonące strzały. Ale jakimś cudem uciekły. Kiedy już

przedostałam się przez ten przeklęty las, zobaczyłam Hisakoi. Było
jeszcze piękniejsze niż je pamiętałam. Łagodne wzgórza, polany pełne
kwiatów, białe budynki. A wszyscy myślą, że to miasto najgorszych
przestępców.

Podjechałam pod

swój

dom, otworzyłam drzwi

i wbiegłam do kuchni. Mama akurat coś gotowała. Przytuliłam się do
niej, kiedy była odwrócona do mnie plecami.
W pierwszym momencie trochę zesztywniała, ale kiedy zauważyła, że
to ja, bardzo się ucieszyła. Aaa… no właśnie… ogólnie to nie napisałam
jej o tym, że wracam. Skrzyczała mnie trochę za to, powiedziała, że
chciała mi ugotować coś pysznego kiedy wrócę. Zjadłyśmy razem obiad.
Tamtego dnia tata miał wrócić dopiero w nocy, był na polowaniu.
Byłam tak zmęczona podróżą, że poszłam spać. Yhh… – westchnęła Liv.
W tym momencie Detho, mężczyzna, który dorzucał drewna do ogniska,
spojrzał na nią zniecierpliwiony.
– Nie miałaś nam przypadkiem opowiedzieć tego, co tak bardzo
ukrywasz? Dobra, powiedziałaś nam w końcu skąd pochodzisz, ale
czemu często bierze Cię nagle taki smutek? Po co opowiadasz nam
o tym, jak wróciłaś do domu…. – zapytał z wyrzutem.
– Daj mi skończyć… – powiedziała z żalem Liviana. – Poszłam spać. Nad
ranem obudziłam się, poczułam dziwny lęk. Po cichu poszłam do izby
rodziców. Tata już wrócił. W tym momencie do głowy wpadł mi dziwny
pomysł.
Ubrałam się, przewiesiłam przez ramię łuk i strzały, pobiegłam na
strych po swój miecz. I… wybiegłam z domu. Weszłam na podwórko
Lukasa, mojego przyjaciela. Zapukałam w okiennicę dwa razy, później
trzy razy szybciej i znów dwa razy normalnie.

Nie musiałam czekać

zbyt długo, ktoś otworzył okna z takim impetem, że prawie oberwałam
w głowę. Lukas wychylił się przez okno. Kiedy mnie zobaczył,
prawie wypadł. Ledwo go poznałam. Bardzo zmężniał. Kazałam mu

wziąć miecz i wyjść do mnie. Chwilę później wyskoczył przez okno.
Poszłam
z nim na polanę, na którą chodziliśmy jako małe dzieci. Słońce
zaczynało

już

wschodzić,

niebo

było

wręcz

pomarańczowe.

W powietrzu unosił się zapach lawendy. Kiedy dotarliśmy na miejsce,
kazałam mu wyjąć broń. I zaczęliśmy walczyć. To znaczy… wiecie, tak
po prostu, dla zabawy. W pewnym momencie nie zdążył zablokować
ciosu i trochę rozcięłam mu skórę na szyi. Na szczęście delikatnie.
Pobiegliśmy do rzeki w lasku. Obmyłam mu ranę. Cały czas się
śmialiśmy. Nie mogłam uwierzyć w to, że go widzę. W pewnym
momencie zaczęliśmy się przepychać, wpadłam do rzeczki. Oczywiście
wciągnęłam go za sobą. Woda była lodowata, ale nie zwracaliśmy na to
uwagi. Kiedy wyszliśmy z wody, spojrzałam w niebo. Od strony miasta
unosiły się kłęby dymu. Chwyciłam broń i pobiegłam w tamtą stronę.
Lukas ruszył za mną, po chwili mnie wyprzedził. Byłam okropnie
przestraszona. Starałam się go dogonić. Przestałam zwracać uwagę na
otoczenie, biegłam jak najszybciej mogłam. Zahaczyłam nogą o gałąź
i wywróciłam się. Zdarłam sobie skórę z rąk i policzka. Upadając
krzyknęłam, Lukas wrócił do mnie. Pomógł mi wstać, zapytał czy
wszystko w porządku. Nie byłam w stanie biec, oparłam się o niego
i kuśtykałam w stronę miasta. Gdy już dotarliśmy do Hisakoi, wszystko
było spalone. Dookoła nie było nikogo. Gdzieś w oddali słychać było
tylko tętent koni. Gdyby nie to, że się wywróciłam, Lukas zdążyłby
dobiec tu, zanim zniknęliby Ci, którzy tu byli. Poczułam ulgę, że on na
pewno jest bezpieczny.
W tym samym momencie zorientowałam się, że moi rodzice byli
w domu. Rozdzieliliśmy się, ja pobiegłam na swoje podwórko, Lukas na
swoje. Nie miałam nawet gdzie wchodzić. Wszystko wyglądało, jakby za
chwilę miało się zawalić. Upadłam na ziemię, nie miałam siły się

podnieść. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Nie wiem, ile czasu
minęło. Wpatrywałam się w dom. Wargi Liviany zaczęły się trząść, aż
wydała z siebie głośny szloch. Vivien chciała do niej podejść, ale Detho
zatrzymał ją gestem. Ruda dziewczyna wytarła łzy i kontynuowała
swoją historię.
– W pewnym momencie usłyszałam kroki. Miałam nadzieję, że to
rodzice. Ale to był Lukas. Patrzył na mnie smutnym wzrokiem. Nie
wiedziałam, co mam zrobić. Oparliśmy się o siebie plecami
i siedzieliśmy tak przez kilka godzin. Kiedy zaczęło

się ściemniać

zapytałam się tylko, co robimy. Zaprowadził mnie na główny plac.
Nasze miasto miało magazyn na jedzenie pod ziemią. Wstęp był tam
wolny, jednak najeźdźcy niekoniecznie wiedzieli, że jest takie miejsce
w Hisakoi. Zeszliśmy na dół. Nikogo tam nie było. Spodziewałam się
czegoś innego, miałam nadzieję, że kogoś tam znajdziemy. Byliśmy tuż
przed zbiorami, zapasy się kończyły. Ale jedzenia dla nas starczyłoby na
sporo czasu.
Zjadłam

pierwszy

owoc

jaki

chwyciłam

i

poszłam

spać.

Przez następne dni szukaliśmy jakichś ocalałych osób. Wszyscy
jakby zapadli się pod ziemię. Przecież niemożliwe było, żeby nikomu
nie udało się uratować. Prawie nic nie mówiliśmy, snuliśmy się jak
cienie. Prawie nie spałam i nie jadłam. Dalej nie wierzyłam w to, że tak
łatwo straciłam rodziców, których ledwo widziałam. Łudziłam się, że
gdybym nie wybiegła z Lukasem, mogłabym uratować miasto. To było
idiotyczne, przecież wiadomo, że nie mielibyśmy szans na przeżycie.
Którejś nocy przypomniała mi się legenda. Niedaleko od portu
znajdowała się wyspa, na której można było rozmawiać z duszami
zmarłych. Myślałam o tym przez dłuższy czas. Kiedy powiedziałam
o tym Lukasowi myślałam, że mnie wyśmieje. Jednak on stwierdził, że
musimy tam popłynąć. Zabraliśmy trochę jedzenia i wyruszyliśmy do

portu. Nie pomyśleliśmy wcześniej o tym, że nie mamy czym zapłacić za
łódkę, a nawet jeśli mielibyśmy pieniądze, nikt nie dał by jej nam.
Dlatego w nocy ukradliśmy jedną z nich. Płynęliśmy na wyspę przez
całą noc.
Kiedy byliśmy już blisko, a ja miałam wodę do połowy ud,
wyskoczyłam z łódki. Zaczęłam biec w stronę lądu. Ale jako, że byłam
okropnie niezdarna, potknęłam się i wylądowałam głową pod wodą.
Gdy się wynurzyłam, pierwszy raz od pożaru usłyszałam śmiech
Lukasa. Wyszliśmy na brzeg, ciągnąc za sobą łódkę. Byliśmy w miarę
dobrych humorach. Szliśmy w głąb lądu. Kątem oka zobaczyłam
niebieskiego motyla. Usiadł mi na dłoni i powoli łopotał delikatnymi,
niebieskimi skrzydełkami, tak kruchymi, jakby każdy, najmniejszy
dotyk mógł je zniszczyć. Białe kropki na jego skrzydłach układały się
w drobne kwiaty. Widok zapierał dech w piersiach. Zamarłam na
chwilę wpatrując się w niego. Po chwili motyl odleciał niespiesznie.
Stwierdziłam, że w takim razie powinniśmy za nim iść. Skinęłam ręką,
żeby Lukas szedł za mną. Doszliśmy do jaskini. Kiedy stanęliśmy przed
wejściem do niej, motyl nagle poleciał pionowo w górę i zniknął.
Rozejrzałam się. Spojrzeliśmy na siebie z Lukasem pytająco. Delikatnie
kiwnął głową. Weszliśmy do jaskini. Wejście za nami zamknęło się.
Szliśmy w głąb groty. Było kompletnie ciemno, ledwo cokolwiek
widziałam. Złapałam Lukasa za rękę i powoli przesuwaliśmy się coraz
dalej. Zobaczyłam światło, pobiegłam w jego stronę, dalej trzymając
przyjaciela za rękę. Stała tam jasna postać. Biło od niej światło, przez
które nie byłam w stanie na nią patrzeć. Zapytałam Lukasa, co mamy
robić. On też nie wiedział, ścisnął tylko moją dłoń. Staliśmy tak przez
jakiś czas, lekko oszołomieni. Postać zaczęła do nas mówić.
Dowiedzieliśmy

się,

że

jeśli

teraz

wypowiemy

imiona

osób,

z którymi chcemy porozmawiać, pokażą się nam. Spojrzeliśmy na siebie

i wykrzyczeliśmy imiona naszych rodziców. Już po chwili widzieliśmy
ich.
Długo z nimi rozmawialiśmy, kazali nam cieszyć się życiem. Ale
dowiedziałam się czegoś, co mnie przeraziło. Za taką rozmowę jedno
z nas musiało przypłacić życiem. Od razu zaoferowałam się, abym to ja
zmarła, bo kolejnej straty bym nie zniosła. Powiedzieli, że to
niemożliwe, nie można tego wybrać… – Liviana znów przerwała, łzy
płynęły jej po policzkach strumieniami.
– Nie musisz kończyć… Rozumiemy… Przecież skoro jesteś tutaj… to….powiedział cicho Detho. Podszedł do Liv i przytulił ją. Ona siedziała,
wpatrując się w gwiazdy. Trwało to kilka minut, po czym mężczyzna
wstał, aby dorzucić drewna do ogniska.
– Wiecie co jest najgorsze?- zaczęła niespodziewanie Liviana.- Moje
włosy. Przypominają mi codziennie o tym płomieniu, który strawił mój
dom. I straciłam najważniejsze osoby. W tak krótkim czasie. I wiem,
możecie powiedzieć, że przez to jestem silniejsza. Ale na cholerę mi
taka siła, jeśli nikogo nie mam? Jeszcze to, że tak głupio straciłam
Lukasa. Miałabym chociaż jego.
Cały czas pamiętam jego jasny uśmiech. Czasami w nocy śni mi się, że
jest obok. Ludzie myślą tylko o tym, że chcą wrócić do ukochanych
ludzi. Nie myślą o tym, że im może być lepiej w innym miejscu. Myślą
o sobie. Ale nie uważam tego, za karygodne.
Sama postępuję tak samo. Nienawidzę siebie za swoją samolubność.

Autorka prozy: Julia Lubiecka
I miejsce w kategorii proza: Uczniowie Szkół Średnich

Pracę plastyczną wykonał: Hubert Barnik